Znak węża

1-800-jeśli-widziałeś-zadzwoń: tom 4

fragment

za zgodą wydawnictwa Amber

przekład: Aleksandra Januszewska

 

1

Tym razem kiedy to się zaczęło, byłam kompletnie zaskoczona.

Na tym etapie powinnam zauważyć, że coś się dzieje. Tyle czasu minęło. Ale nie. Chyba mimo wszystko jestem taką samą idiotką jak zawsze.

Tym razem nie zaczęło się od telefonu czy listu. Tym razem to był dzwonek do drzwi. Zadzwonił dokładnie w środku uroczystego obiadu z okazji Święta Dziękczynienia.

Nie było w tym nic niezwykłego. To znaczy, jeśli chodzi o dzwonek. Wręcz przeciwnie, odzywał się ostatnio bardzo często. A to dlatego, że parę miesięcy temu jedna z restauracji należących do moich rodziców doszczętnie spłonęła i sąsiedzi – mieszkamy w bardzo małym miasteczku – okazywali nam współczucie, przynosząc befsztyki albo jakieś ciasto.

Poważnie. Jakby ktoś umarł. Ludzie zawsze przynoszą prezenty w postaci jedzenia, kiedy ktoś umrze, bo sądzą, że rodzina w żałobie nie czuje się na siłach gotować i zagłodziłaby się na śmierć, gdyby przyjaciele i sąsiedzi nie przychodzili na okrągło z babką cytrynową czy czymś takim.

Jakby nie istniało coś takiego jak pizzeria.

A w naszym wypadku nie chodziło o zmarłego człowieka. Chodziło o Mastrianiego, elegancką restaurację – idealne miejsce na kolację przed balem na zakończenie roku szkolnego czy wesele – która spłonęła ze szczętem za sprawą paru młodocianych przestępców pragnących mi unaocznić, jak bardzo nie odpowiada im fakt, że wtykam nos w ich sprawy.

Tak. Rodzinna restauracja sfajczyła się z mojej winy.

Nieważne, że próbowałam powstrzymać mordercę. Nieważne, że ludzie, których ten facet próbował wykończyć, nie byli mi obcy, bo chodzili do tej samej szkoły, co ja.

Czy miałam stać z boku i pozwolić, żeby wyekspediował moich przyjaciół na drugą stronę?

No cóż. Gliny w końcu przyskrzyniły drania. Mastriani był oczkiem w głowie mojego taty, no i najlepszą restauracją w mieście. Chcę tylko powiedzieć, że ciasto z persymoną nie było nam wcale potrzebne.

Martwiliśmy się i tak dalej, ale to nam nie odbierało chęci gotowania. Nie w mojej rodzinie. Gdy dorasta się, że tak powiem, w cieniu restauracji, siłą rzeczy nabywa się wiedzy o gotowaniu, wie się też, jak spuścić wodę z podgrzewanego bufetu albo sprawdzić świeżość okonia i nie dać się nabić w butelkę dostawcy ryb. W moim domu jedzenia nigdy nie brakowało.

W tamto Święto Dziękczynienia stół aż się uginał pod jego ciężarem. Ledwo zmieściły się talerze, tyle było sałatek kopiasto załadowanych indykiem, patatami, pełnych sosu żurawinowego, dwóch rodzajów dressingu, fasolki, sałatek, pieczywa, ziemniaków zapiekanych w sosie, ziemniaków tłuczonych z czosnkiem, marchewki w polewie, purée z rzepy i kremy ze szpinaku.

I wcale od nas nie oczekiwano, że weźmiemy odrobinkę wszystkiego do spróbowania. Nie z moją mamą i tatą przy stole. Jeśli się nie naładowało na talerz fury żarcia, uznawali to za obelgę.

A dla mnie, widzicie, stanowiło to poważny problem, bo miałam w planie jeszcze jeden obiad z okazji Święta Dziękczynienia – o czym nie wspominałam rodzicom, wiedząc, że nie byliby zachwyceni. Usiłowałam więc po prostu zachować trochę miejsca w żołądku.

Może jednak powinnam była znaleźć jakąś wymówkę, gdyż pewni ludzie przy stole zwrócili uwagę na mój rzekomy brak apetytu i poczuli się zobowiązani fakt ten skomentować.

        Co się dzieje z Jessicą? – chciała wiedzieć moja cioteczna babka Rose, która przyjechała do nas na święto z Chicago. – Dlaczego ona nic nie je? Jest chora?

        Nie, ciociu Rose – powiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Nie jestem chora. Po prostu nie jestem w tej chwili głodna.

        Nie jesteś głodna? – Ciocia Rose spojrzała na moją matkę. – Kto nie jest głodny w Święto Dziękczynienia? Twoi rodzice harowali cały dzień, przygotowując ten pyszny posiłek, więc teraz grzecznie zajadaj.

Mama przerwała rozmowę z panem Abramowitzem.

        Ależ ona je, Rose.

        Jem, ciociu Rose – zapewniłam, pakując na dowód patata do ust. – Widzisz?

        Wiesz, na czym polega jej problem? – powiedziała ciocia Rose konspiracyjnym szeptem do matki Claire Lippman, ale na tyle głośno, że można by ją usłyszeć w sklepie na Pierwszej ulicy. – Cierpi na jedno z tych zaburzeń związanych z jedzeniem. Na tę anoreksję.

        Jessica nie cierpi na anoreksję, Rose – wyjaśniła moja mama lekko zniecierpliwiona. – Douglasie, czy mógłbyś podać Ruth fasolkę?

Douglas, który nawet w szczytowej formie nie znosi zwracać na siebie uwagi, szybko podał fasolkę mojej najlepszej przyjaciółce, jakby to mogło go uchronić przed wściekłym wzrokiem cioci Rose.

        Wie pani, jak to się nazywa? – zapytała ciocia Rose panią Lippman poufałym tonem.

        Przykro mi, pani Mastriani – odparła pani Lippman. Po jej głosie, w którym brzmiała udręka, domyśliłam się, że przyjmując zaproszenie mojej mamy na świąteczny obiad, państwo Lippman nie zdawali sobie sprawy, w co się pakują. Jasne, nikt ich nie ostrzegł przed ciotką Rose. – Nie wiem, co pani ma na myśli.

        Wypieranie się – oznajmiła ciotka Rose, pstrykając triumfalnie palcami. – Widziałam to u Opry. Przypuszczam, Antonio, że pozwolisz Jessice podziobać ten sos, zamiast go zjeść, tak jak pozwalasz jej na wszystko. Te koszmarne ogrodniczki, w których paraduje od rana do wieczora, i te włosy… nie mówiąc już o tej całej aferze z zeszłej wiosny. No, wiecie, za grzecznymi dziewczętami nie włóczą się uzbrojeni agenci federalni…

Na szczęście, w tym momencie odezwał się dzwonek. Odłożyłam serwetkę i podniosłam się tak szybko, że niemal przewróciłam krzesło.

        Otworzę! – wrzasnęłam, pędząc do holu.

Chyba każdy by się tak zachował na moim miejscu. Kto miałby ochotę setny raz wysłuchiwać, jak to poraził mnie piorun i w związku z tym pojawiła się u mnie szczególna zdolność psychiczna odnajdywania zaginionych ludzi; jak zdołałam prawie porwana przez niezbyt sympatyczne siły rządowe, które chciały mnie zmusić do współpracy; jak grupka przyjaciół musiała wysadzić parę rzeczy w powietrze, żeby mnie bezpiecznie sprowadzić do domu. Ten temat mocno się przejadł, może byśmy tak pomówili o czymś innym? (…)

*Powrót