Nawiedzony

Pośredniczka: tom 5

fragment

za zgodą wydawnictwa Amber

przekład: Aleksandra Januszewska

 

1

No, no, no – odezwał się wyraźnie męski głos za moimi plecami. – Czyż to nie Susannah Simon?

Dobrze, nie chcę nikogo oszukiwać. Kiedy odzywa się do mnie przystojny chłopak – a taki miły głos musiał należeć do chłopaka, na którego przyjemnie było patrzeć; wskazywała na to pewność siebie zawarta w tym „no, no, no” oraz pieszczotliwy ton, jakim wymówił moje imię – robi to na mnie wrażenie. To silniejsze ode mnie. W końcu jestem szesnastoletnią dziewczyną. Moje życie nie może się obracać wyłącznie wokół najnowszych wzorów na strojach Lilly Pulitzer oraz wynalazków Bobbi Brown w dziedzinie pomadek do ust.

No więc przyznaję, mimo że mam chłopaka – chociaż może to za wiele powiedziane – spoglądając na przystojniaka, który mnie zaczepił, lekko potrząsnęłam włosami. Dlaczego nie? W końcu biorąc pod uwagę wszystkie kosmetyki, które w nie wtarłam dziś rano dla uczczenia pierwszego dnia trzeciej klasy, miałam świetną fryzurę. I nieważne, że morska mgła była przyczyną artystycznego nieładu na mojej głowie.

Potrząsnęłam kasztanowymi lokami, po czym odwróciłam się, by stwierdzić, że przystojniaczek, który zawołał mnie po imieniu, nie był akurat osobą, którą miałabym ochotę zobaczyć.

W gruncie rzeczy bałam się go jak własnej śmierci.

Chyba wyczytał strach w moich oczach, starannie umalowanych za pomocą nowiutkiego cienia do powiek o nazwie Mocha Mist, bo uśmiech na jego przystojnej twarzy uległ lekkiemu skrzywieniu.

        Suze – odezwał się karcąco. Nawet mgła nie zdołała przyćmić blasku jego niesfornie pokręconych ciemnych włosów. Zęby w zestawieniu z opalenizną tenisisty lśniły bielą. – Oto ja, przestraszone dziecko pierwszy dzień w nowej szkole, a ty mi nawet nie powiesz „cześć”? To tak się traktuje starego kumpla?

Gapiłam się na niego, niezdolna wykrztusić słowa. Nie da się nic powiedzieć, kiedy usta wysychają… jak budynek z wypalanej cegły, przed którym właśnie staliśmy.

Co on tutaj robił? Skąd się tu wziął?

Problem w tym, że nie mogłam pójść za pierwszym odruchem i uciec z krzykiem. Widok nienagannie ubranej dziewczyny, takiej jak ja, uciekającej z wrzaskiem przed siedemnastolatkiem wzbudziłby niewątpliwie zainteresowanie. Tak długo udawało mi się ukrywać swój szczególny talent przed rówieśnikami, że nie zamierzałam zdradzić go teraz, nawet jeśli byłam – a możecie mi wierzyć, że byłam – śmiertelnie przerażona.

Nawet jeśli nie mogłam uciec z krzykiem, to z pewnością mogłam przejść obok niego bez słowa, dumna i blada, mając nadzieję, że nie zorientuje się, co się za tą dumą tak naprawdę kryje.

Nie wiem, czy wyczuł mój strach. Nie spodobało mu się jednak, że ogrywam primadonnę. Uniósł rękę, kiedy usiłowałam go minąć, i w następnej chwili jego palce trzymały moje ramię jak w imadle.

Mogłam, rzecz jasna, odwinąć się i go palnąć. Nie na darmo zyskałam w poprzedniej szkole, w Brookylnie, tytuł Damskiego Łamignata.

Ten rok chciałam jednak zacząć jak należy – w Mocha Mist i w nowych szortach z Klubu Monaco (w połączeniu z różowym bliźniakiem, który nabyłam za grosze w Benettonie na Pacific Grove) – a nie od bójki. Co by pomyśleli moi szkolni koledzy i koleżanki – a kręcili się wokół, rzucając od czasu do czasu „cześć, Suze” oraz komplementy na temat mojego wyszukanego stroju – gdybym rzuciła się z pięściami na nowego ucznia?

Poza tym nie mogłam pozbyć się myśli, że gdybym mu dołożyła, nie omieszkałby mi oddać.

W jakiś sposób udało mi się odzyskać głos. Miałam tylko nadzieję, że nie zauważy jego drżenia.

        Puść moją rękę – powiedziałam.

        Suze – odparł. Uśmiechał się nadal, ale wyraz jego twarzy i ton głosu wskazywały na to, że domyślił się, co jest grane. – O co chodzi? Nie wydajesz się specjalnie uszczęśliwiona moim widokiem.

        Nadal trzymasz moją rękę – przypomniałam mu. Przez jedwabny rękaw czułam chłód jego palców, wydawał się nie tylko nienaturalnie silny, ale do tego zimnokrwisty.

Odsunął rękę.

        Posłuchaj – powiedział. – Naprawdę mi przykro. Z powodu tego, jak się to wszystko potoczyło przy naszym poprzednim spotkaniu.

Przy naszym poprzednim spotkaniu. W wyobraźni przeniosłam się natychmiast do długiego korytarza – tego, który tak często widywałam w snach. Z szeregiem drzwi po obu stronach – drzwi, które prowadziły donikąd – wyglądał jak część hotelu czy budynku biurowego… tyle że ten korytarz nigdy nie należał do żadnego hotelu czy biurowca, które by oglądały ludzkie oczy. W ogóle nie istniał w naszym wymiarze.

A Paul stał tam, zdając sobie sprawę, że oboje z Jesse’em nie mamy pojęcia, jak się stamtąd wydostać, i śmiał się. Śmiał się, jakby fakt, ż jeśli nie wrócę wkrótce do swojego świata, to umrę, a Jesse zostanie na zawsze uwięziony w tym korytarzu, stanowił doskonały dowcip… Śmiech Paula nadal dźwięczał mi w uszach. Śmiał się bez przerwy… aż do chwili, kiedy Jesse zdzielił go pięścią w twarz.

Nie mogłam uwierzyć, co się dzieje. Mieliśmy oto absolutnie zwyczajny wrześniowy poranek w Carmelu, w Kalifornii – co oznaczało, naturalnie, gruby, zakrywający wszystko płaszcz mgły, który jednak miał wkrótce zniknąć, ukazując bezchmurne błękitne niebo i złote słońce – a ja stałam na dziedzińcu Akademii Misyjnej imienia Junipero Serry twarzą w twarz z człowiekiem, który od tygodnia nawiedzał mnie w sennych koszmarach.

To jednak nie był senny koszmar. Nie śniłam. Wiedziałam, że nie śnię, ponieważ nigdy nie przyśniliby mi się w podobnej sytuacji moi przyjaciele Cee Cee i Adam, którzy właśnie przeszli obok, podczas gdy ja znalazłam się naprzeciw potwora z przeszłości, pozdrawiającego mnie zwyczajnym „Cześć, Suze”m jakby to był… jakby to był po prostu pierwszy dzień szkoły po letnich wakacjach.

        Chodzi ci o ten moment, kiedy próbowałeś mnie zabić? – wychrypiałam, kiedy Cee Cee i Adam nie mogli mnie usłyszeć. Tym razem wiedziałam, że zauważył drżenie mojego głosu. Wiedziałam, bo chyba się zmieszał, ale to może z powodu oskarżenia. W każdym razie podniósł rękę i przeczesał włosy palcami silnej, opalonej dłoni.

        Nigdy nie próbowałem cię zabić, Suze – powiedział, jakby lekko urażony.

Roześmiałam się. Nie zdołałam się powstrzymać. Serce podeszło mi do gardła, ale i tak się śmiałam.

        Och – powiedziałam. – No rzeczywiście. (…)

*Powrót