Kyptonim „Kasandra”

1-800-jeśli-widziałeś-zadzwoń: tom 2

fragment

za zgodą wydawnictwa Amber

przekład: Aleksandra Januszewska

 

1

Nie wiem, po co to robię.

To znaczy, po co to piszę. Nikt mi przecież nie każe.

Nie tym razem.

Ale wydaje mi się, że ktoś powinien to wszystko spisać. Ktoś, kto wie, co się naprawdę stało.

A federalnym raczej nie należy ufać pod tym względem. Och, pewnie, raport napiszą. Ale nie zrobią tego tak, jak trzeba.

Uważam, że ktoś powinien zrelacjonować, jak było. Zgodnie z faktami.

No więc dlatego piszę. To w gruncie rzeczy nic takiego, naprawdę. Mam po prostu nadzieję, że pewnego dnia ktoś to przeczyta, więc to nie jest kompletna strata czasu… W przeciwieństwie do większości moich przedsięwzięć.

Weźmy, na przykład, transparent powitalny. Klasyczny przykład zmarnowanego czasu i wysiłku.

Właściwie od tego się zaczęło. Od tego transparentu.

 

WITAMY W OBOZIE WAWASEE,

GDZIE UTALENTOWANE DZIECI WSPÓLNIE

TWORZĄ MUZYKĘ SŁODKĄ DLA TWOICH USZU.

 

Właśnie to było napisane na transparencie.

Wiem, że mi nie wierzycie. Pewnie nie mieści wam się w głowie, jak można napisać na transparencie coś równie głupiego.

Przysięgam jednak, że to prawda. Wiem, co mówię: to ja to napisałam.

Nie zrozumcie mnie źle. Wcale nie chciałam. Zmusili mnie do tego. Wręczyli mi farbę i ogromny kawał białego płótna, powiedzieli, co mam napisać, i tyle. Poprzedni transparent spotkał tragiczny los; ktoś go zwinął i zostawił w pomieszczeniach gospodarczych, gdzie wylały się jakieś chemikalia i przeżarły go na wylot.

Więc kazali mi zrobić nowy.

Niestety, napis był nie tylko głupi. Jak się popatrzyło na dzieci przechodzące obok niego, można się było od razu połapać, że jest również kompletnie nieprawdziwy. Jeśli te dzieci były utalentowane, to ja jestem Jean-Pierre Rampal.

To taki sławny flecista, jakby ktoś nie wiedział.

Jeszcze nigdy w życiu nie spotkałam takiej bandy rozkapryszonych dzieciaków. A mam z dziećmi dużo do czynienia, głównie dzięki, no wiecie, mojemu wyjątkowemu talentowi. Od razu mówię, że nie chodzi o mój talent muzyczny.

Więc te dzieciaki… Słowo honoru, były okropne. Wszystkie, co do jednego. Snuły się tu i tam ze skwaszonymi buziami, dając do zrozumienia, że wcale nie chciały przyjeżdżać na ten obóz i że najchętniej wróciłyby do mamusi. Tak jakby perspektywa sześciu tygodni bez rodziców napawała je przerażeniem. Gdyby mnie zaproponowano, kiedy miałam te osiem, dziesięć lat, żebym rozstała się z rodzicami na sześć tygodni, na pewno skakałabym z radości.

Ale te dzieci nie skakały. Pewnie dlatego, że były utalentowane i w ogóle. Może utalentowane dzieci akurat lubią swoich rodziców. Skąd mam wiedzieć.

A jednak starałam się uwierzyć w ten napis. Zwłaszcza że, jak wiecie, był moim dziełem. No, Ruth trochę mi pomogła. Jeśli to w ogóle można nazwać pomocą; po prostu zwróciła mi uwagę, że krzywo piszę. Przyglądając się później transparentowi, musiałam jej przyznać rację. Litery wyszły krzywo. Wątpię jednak, czy zauważył to ktokolwiek poza mną i Ruth.

        Prawda, że są urocze?

Cała Ruth! Spacerowałyśmy przed wejściem do obozu i przyglądałyśmy się dzieciom. Wszystkie miały załzawione oczy. Wszystkie pociągały nosem i popiskiwały: „Ja chcę do domu”. Ale do Ruth jakoś to chyba nie dotarło.

Za to do mnie dotarło. Sama zaczęłam mieć ochotę na powrót do domu.

Tylko że gdybym wróciła do domu, zagnaliby mnie do roboty przy podgrzewanym bufecie. Tak właśnie spędzasz lato, jeśli twoi rodzice mają restaurację: harujesz przy podgrzewanym bufecie. I zero szans na wymiganie się, bo moi rodzice mają trzy restauracje. Najmniej elegancka, U Joego, oferuje rozmaite dania z makaronem, serwowane na ciepło dzięki wymienionemu urządzeniu, oddającemu nieocenione usługi krajowej gastronomii.

Zgadniecie, któremu dziecku powierza się tradycyjnie obsługę tego urządzenia? Zgadza się. Najmłodszemu. Mnie. Miałam do wyboru podgrzewany bufet albo bar sałatkowy. A wierzcie mi, przeszłam już swoje, jeśli chodzi o nurkowanie głębinowe w pojemniku z sosem w celu odnalezienia zaginionych pomidorów malinowych.

Ale nie tylko podgrzewany bufet zniechęcał mnie do powrotu do domu.

        Mam nadzieję, że ta będzie w mojej grupie – zawołała Ruth z entuzjazmem, wskazując blondyneczkę o wyglądzie aniołka, która stała pod moim transparentem, przyciskając do piersi małą wiolonczelę. – Prawda, że jest słodka?

        Owszem – przyznałam niechętnie. – Ale co będzie, jak dostaniesz tego?

Wskazałam chłopczyka, który pomysł rozdzielenia go z rodzicami na półtora miesiąca skwitował takim wrzaskiem, że dostał ataku astmy. Zdenerwowani rodzice rzucili się do niego z inhalatorami.

        Aa – powiedziała Ruth ze zrozumieniem. – Ja na pierwszym obozie zachowywałam się tak samo. Przejdzie mu do kolacji.

Uznałam, że powinnam wziąć jej słowa za dobrą monetę. Rodzice Ruth zaczęli wysyłać ją na obozy Wawasee, kiedy tylko osiągnęła odpowiedni wiek, to znaczy siedem lat, w związku z tym miała obecnie za sobą dziewięć bogatych doświadczeń. Ja z kolei regularnie spędzałam wakacje przy podgrzewanym bufecie, zdychając z nudów, ponieważ mojej najlepszej (w gruncie rzeczy jedynej) przyjaciółki nie było w mieście. Mimo że moi rodzice są właścicielami trzech restauracji, do których mogę zapraszać przyjaciół, kiedy mi się żywnie podoba, nigdy nie cieszyłam się jakąś szczególną popularnością. Pewnie dlatego, że jak twierdzi mój szkolny psycholog, „mam swoje problemy”.

Właśnie ze względu na te problemy nie byłam pewna, czy pomysł Ruth – żebym złożyła podanie o pracę jako wychowawczyni na letnim obozie – jest naprawdę dobrym pomysłem. Choćby dlatego, że pomimo szczególnego daru, jaki posiadam, umiejętność opieki nad dziećmi nie stanowi mojej mocnej strony. Po drugie, hm, jak już wspominałam, mam swoje problemy.

Nikt jednak, jak się wydaje, nie zauważył u mnie aspołecznego nastawienia, ponieważ dostałam tę pracę.

        Słuchaj, czy to na pewno tak? – zwróciłam się do Ruth, wpatrującej się tęsknym wzrokiem w małą wiolonczelistkę. – Obóz Wawasee, skrytka 40, Wawasee, Indiana? (…)

*Powrót