Fragment by Ola
1
Byłam świadkiem porwania Betty Ann Mulvaney.
Cóż, ja i dwadzieścia trzy inne osoby, które miały na pierwszej lekcji łacinę w Liceum Clayton (liczba uczniów: 1200).
Jednak, inaczej niż cała reszta, właściwie zrobiłam coś, żeby spróbować to powstrzymać. Cóż, poniekąd. Powiedziałam:
– Kurt. Co ty robisz?
Kurt tylko przewrócił oczami. Rzucił:
– Spokojnie, Jen. To żart, dobra?
Ale, zrozumcie, nie ma niczego takiego zabawnego w tym, jak Kurt Schraeder zwędził Betty Ann z biurka pani Mulvaney, a potem włożył ją do swojego JanSporta. Trochę jej żółtych włosów z przędzy zatrzasnęło się w zębach zamka jego plecaka.
Kurta to nie obeszło. Po prostu dalej zasunął zamek.
Powinnam była powiedzieć coś więcej. Powinnam była powiedzieć: „Odłóż ją, Kurt”.
Tylko, że tego nie zrobiłam. Nie zrobiłam, bo… cóż, wrócę do tej sprawy później. Poza tym, wiedziałam, że to przegrana sprawa. Kurt już przybił piątkę ze swoimi kumplami, innymi mięśniakami, którzy siedzą w tylnim rzędzie i tylko mają lekcje (po raz drugi, przerobili już trzecią klasę i najwyraźniej nie za dobrze) w nadziei, że dostaną wyższe wyniki w ustnej części SATu, nie z powodu szczególnej miłości do kultury łacińskiej albo ponieważ słyszeli, że pani Mulvaney jest dobrą nauczycielką, czy coś.
Kurt i jego kumple musieli ukryć swoje uśmieszki za swoimi książkami Paulus et Lucia kiedy pani Mulvaney weszła po drugim dzwonku, z filiżanką parującej kawy w dłoni.
Jak każdego ranka, pani Mulvaney zaśpiewała do nas: „Aurora interea miseris mortalibus almam extulerat lucem referens opera atque labores” (zasadniczo: „To kolejny poranek do bani, teraz wracajmy do pracy”), potem wzięła kawałek kredy i kazała nam napisać teraźniejszy czas „gaudeo”, -ere.
Nawet nie zauważyła, że Betty Ann zniknęła.
Aż do trzeciej lekcji, w każdym razie, kiedy moja najlepsza przyjaciółka Trina – skrót od Catrina: mówi, że nie myśli o sobie jako o kotce, tylko, wiecie, nie jestem pewna, czy się z tym zgadzam – która wtedy miała zajęcia, powiedziała mi, że pani Mulvaney była w środku wyjaśniania czasu przeszłego kiedy zauważyła puste miejsce na swoim biurku.
Według Triny, pani Mulvaney powiedziała: „Betty Ann?” tym zabawnym, cienkim głosem.
Do tej pory oczywiście cała szkoła wiedziała, że Kurt Schraeder wepchnął Betty Ann do swojej szafki. Ale wciąż nikt nic o tym nie powiedział. A to dlatego, że wszyscy lubią Kurta.
Cóż, tak dokładnie to nie jest to prawda. Ale ludzie, którzy nie lubią Kurta są zbyt przestraszeni, żeby cokolwiek powiedzieć, bo Kurt jest przewodniczącym ostatniej klasy i kapitanem drużyny futbolowej i mógłby zmiażdżyć ich spojrzeniem, jak Magneto z X-Mena.
No, niezupełnie, oczywiście, ale rozumiecie, o co mi chodzi. To znaczy, nie sprzeciwiasz się takiemu chłopakowi, jak Kurt Schraeder. Jeśli chce porwać lalkę nauczycielki, po prostu mu na to pozwalasz, bo inaczej skończy się to tak, że będziesz musiał zjeść cały swój lunch całkiem sam na zewnątrz przy maszcie flagowym jak Cara Cow, albo narazisz się na to, że cisną ci w głowę Tater Totsem czy coś takiego.
Rzecz w tym, że pani Mulvaney uwielbia tę głupią lalkę. To znaczy, każdego roku w pierwszy dzień szkoły, ubiera ją w ten idiotyczny strój cheerleaderki Liceum Clayton, który został dla niej zrobiony w Fabryce So-Fro.
A w Halloween, wkłada na Betty Ann małe ubranko wiedźmy, ze spiczastym kapeluszem i maleńką miotłą i tym wszystkim. Potem na Święta Bożego Narodzenia przebiera Betty Ann za elfa. Jest również wielkanocny strój, chociaż pani Mulvaney tak go nie nazywa, z powodu tego całego oddzielenia-się-od-kościoła-i-władzy. Pani Mulvaney nazywa go po prostu wiosenną sukienką Betty Ann.
Ale to totalnie jest z maleńkim czepkiem w kwiaty i koszem pełnym prawdziwych jaj drozda, który ktoś dał jej dawno temu, prawdopodobnie w latach osiemdziesiątych, co nastąpiło kiedy jakaś pradawna klasa maturalna sprezentowała go pani Mulvaney z Betty Ann na czele. Z racji ich współczucia dla pani Mulvaney, że chociaż jest naprawdę bardzo dobrą nauczycielką, to nigdy nie mogła mieć własnych dzieci.
Albo tak jakoś szła ta historia. Nie jestem pewna, czy jest prawdziwa. Cóż, prócz tej części o pani M. będącej dobrą nauczycielką. Bo totalnie nią jest. No i tej części z nie posiadaniem własnych dzieci.
Ale reszta… Nie wiem.
Wiem tylko, że teraz, w prawie ostatnim miesiącu mojej nauki w trzeciej klasie, kiedy Betty Ann miała na sobie swój wakacyjny strój, parę ogrodniczek i słomiany kapelusz, jak Huck Finn, zniknęła – i że siedziałam bezczynnie martwiąc się o nią. O lalkę. O głupią lalkę.
– Chyba nie sądzisz, że coś jej zrobią, prawda? – spytała Trina później tego samego dnia, podczas próby chóru.
Trina martwi się, że mam za mało zajęć pozalekcyjnych w moim planie, ponieważ jedyne co lubię robić, to czytać. Więc zasugerowała mi, żebym razem z nią chodziła na chór.
Pomijając to, że okazało się, że Trina przedstawiła w odrobinę fałszywy sposób obraz chóru. Zamiast po prostu miłych zajęć pozalekcyjnych okazało się, że to duża sprawa – musiałam przejść przez przesłuchanie i tak dalej. Nie śpiewam najlepiej na świecie, ani nic, ale naprawdę potrzebowali altów, a ponieważ widocznie śpiewam w alcie, przyjęli mnie. Alty zazwyczaj śpiewają la-la-la w tej samej nucie, kiedy sopranistki śpiewają te wszystkie gamy, słowa i inne rzeczy, więc jest fajnie, bo właściwie mogę po prostu siedzieć tam i śpiewać la-la-la na jednej nucie i czytać książkę, bo Karen Sue Walters, która śpiewa w sopranie i siedzi na podium przede mną, ma totalnie wielką fryzurę, i pan Hall, dyrektor Trubadurów – tak jest: nasz szkolny chór ma nawet własną nazwę – nie może zobaczyć, co robię.
Pan Hall zmusza wszystkie dziewczyny, żebyśmy nosiły staniki z wkładkami pod naszymi bluzkami dla „jednolitości wyglądu”, co jest trochę fałszywe, ale mniejsza z tym. Wygląda dobrze w twoim transkrypcie. Bycie w chórze. Nie staniki.
Rzeczą, której nie jestem pewna, czy kiedykolwiek wybaczę Trinie, jest tańczenie. Poważnie. Musimy tańczyć, kiedy śpiewamy… cóż, niezupełnie tańczyć, naprawdę, ale tak jakby poruszać rękami. A ja nie poruszam najlepiej rękami. Zupełnie nie mam poczucia rytmu.
I jest to coś, co pan Hall czuje się zmuszony wypominać mi jakieś trzy razy dziennie.
– Co, jeśli odetną jej ucho? – szepnęłam do Triny. Musiałam szeptać, bo pan Hall pracował z tenorami kilka stopni dalej. Przygotowujemy się na ten wielki stanowy konkurs chórów – Bishop Luers, tak się nazywa – i pan Hall jest z tego powodu bardzo spięty. Na przykład, wrzeszczy na mnie z powodu ruchów moich ramion cztery, a nawet pięć razy dziennie, zamiast tylko trzy, jak zwykle. – I odeślą je pani M. z życzeniem okupu? Nie zrobią nic takiego, prawda, jak myślisz? To znaczy, to zagłada…
– O mój Boże – powiedziała Trina. Jest pierwszą sopranistką i siedzi obok Karen Sue Walters. Pierwsze sopranistki, jak zauważyłam, są trochę apodyktyczne. Ale to chyba dość zrozumiałe, skoro muszą również wykonywać całą tą robotę, no wiecie, trafiać w wysokie dźwięki. – Czy mogłabyś się uspokoić? To tylko żart, dobra? Maturzyści robią je każdego roku. Co jest z tobą, tak właściwie? Nie wściekałaś się tak o tę głupią kozę.
Żartem czwartej klasy w zeszłym roku było zaprowadzenie kozy na dach sali gimnastycznej. Nie wiem nawet, co miało być w tym takiego zabawnego. To znaczy, ta koza mogła zostać poważnie ranna.
– Po prostu… - nie mogłam wyrzucić z głowy obrazu włosów Betty Ann zatrzaśniętych w zamku. – To wydaje się być takie niewłaściwe. Pani Mulvaney naprawdę kocha tę lalkę.
– Nieważne – powiedziała Trina. – To tylko lalka.
Tylko, że dla pani Mulvaney, Betty Ann jest czymś więcej niż tylko lalką. Jestem tego całkiem pewna.
W każdym razie, ta cała sprawa tak mnie wkurzyła, że po szkole, kiedy poszłam do biura Dziennika – to szkolna gazeta, w której pracuję przez większość dni… nie żeby zwiększyć ilość zajęć pozalekcyjnych, ale ponieważ całkiem to lubię – palnęłam na zebraniu redakcji, że ktoś powinien napisać tego historię. To znaczy, porwania Betty Ann Mulvaney.
– Historię – powiedziała Geri Lynn Packard. – O lalce.
Geri Lynn kołysała swoją puszką dietetycznej coli, kiedy mówiła. Geri Lynn lubi, kiedy jej dietetyczna cola jest mdła, więc kołysze puszką, dopóki się taka nie zrobi, zanim z niej wypije. Osobiście uważam, że smak mdłego napoju gazowanego jest dość dziwny, ale to właściwie nie jest najdziwniejsza rzecz w Geri Lynn. Najdziwniejszą rzeczą w Geri Lynn – gdybyście mnie o to zapytali, oczywiście – jest to, że za każdym razem, kiedy ona i Scott Benett, redaktor gazety, całują się w pokoju wypoczynkowym jej rodziców, Geri rysuje malutkie serduszko w swoim kalendarzu, żeby upamiętnić to wydarzenie.
Wiem to, bo kiedyś mi go pokazała. To znaczy, swój kalendarz. Serce było narysowane na prawie każdej stronie.
Co jest trochę zabawne. To znaczy to, że Geri i Scott są parą. Ponieważ ja, tak jak praktycznie każdy w redakcji Dziennika, oczekiwał, że Geri Lynn zostanie mianowana w tym roku redaktorem naczelnym – włączając, jak sądzę, samą Geri Lynn. To znaczy, Scott nawet nie mieszkał w Clayton, aż do zeszłych wakacji.
Cóż, to nie do końca prawda. Właściwie, to kiedyś tu mieszkał… i chodziliśmy nawet razem do piątej klasy. Nie, żebyśmy wtedy ze sobą rozmawiali, ani nic. To znaczy, nie rozmawiasz z osobnikami płci przeciwnej w piątej klasie. A Scott nie był nigdy za bardzo gadatliwy, przede wszystkim.
Ale on i ja wypożyczaliśmy z biblioteki szkolnej te same „obciahowe” książki. No wiecie, nie te popularne książki, jak biografie Michaela Jordana czy Mały domek na prerii, czy cokolwiek, ale książki science fiction albo fantasy, jak Andromeda znaczy śmierć albo Kroniki marsjańskie albo Fantastyczna podróż. Książki, na które szkolne bibliotekarki patrzyły krzywym okiem, kiedy je wypożyczaliśmy, a potem mówiły: „Czy na pewno chcesz właśnie taką książkę, kochanie?”, ponieważ właściwie nie były na naszym poziomie czytelniczym.
Nie żebyśmy kiedykolwiek o nich rozmawiali, ani nic. To znaczy, o książkach, które Scott i ja czytaliśmy. Wiem tylko, że czytał te same książki, co ja, ponieważ za każdym razem, kiedy szłam którąś z nich wypożyczyć, na karcie czytelniczej zaraz nad moim był podpis Scotta.
Potem rodzice Scotta rozstali się, a on wyprowadził się razem ze swoją mamą, i nie widziałam go aż do zeszłych wakacji, kiedy redakcja Dziennika musiała pojechać na ten wyjazd sponsorowany przez naszą szkołę, z naszym doradcą, panem Shea, który zmuszał nas, żebyśmy grali w te wszystkie gry zaufania, żebyśmy nauczyli się pracować jako grupa. Stałam tam sobie na parkingu, czekając, żeby wsiąść do autobusu na ten wyjazd, kiedy zatrzymał się ten samochód i zgadnijcie, kto z niego wyszedł?
Taak, to był Scott Bennett. Okazało się, że postanowił spróbować pomieszkać trochę ze swoim tatą, i wysłał trochę wycinków prasowych z gazety ze swojej starej szkoły, i pan Shea pozwolił mu dołączyć do redakcji Dziennika.
I chociaż wyglądało to trochę, jakby głowa Scotta została przeszczepiona do ciała jednego z posągów greckich bogów pani Mulvaney albo coś, bo był chyba z dziewięćdziesiąt centymetrów wyższy odkąd kiedy miał, no wiecie, dziesięć lat, mogłam stwierdzić, że to był wciąż ten sam Scott. Ponieważ miał egzemplarz Łowcy snów wystający z plecaka, który, oczywiście, zamierzałam przeczytać.
Pod koniec wyjazdu pan Shea spytał Scotta, czy chciałby być redaktorem, ponieważ pokazał takie silne cechy przywódcze i napisał również ten totalnie świetny tekst podczas sesji wolnego pisania na temat bycia jedynym facetem na zajęciach z gotowania, na które musiał uczęszczać po tym, jak wpadł w jakieś kłopoty w Milwaukee, gdzie mieszkał ze swoją mamą. Sądzę, że Scott musiał być tam jakimś młodocianym przestępcą, albo coś, i władze zastosowały na nim nowy eksperymentalny program dla dzieci powodujących zagrożenie.
Dali mu wybór: warsztaty samochodowe albo zajęcia z gotowania.
Scott był jedynym facetem w historii tego programu, który wybrał zajęcia z gotowania.
W każdym razie, w tym tekście, Scott napisał o tym, jak na pierwszy dniu zajęć, nauczycielka gotowania wytworzyła orzech olejny i powiedziała: „Zrobimy z tego zupę”, i Scott myślał, że to kolejna wielka oszustka, jak reszta dorosłych, których zna.
I wtedy skończyło się tak, że zrobili napój z orzechów olejnych i to zmieniło życie Scotta. Już nigdy więcej nie wpakował się w kłopoty.
Oczywiście, praca Scotta, nawet taka dobra, mogła nie dać mu miejsca redaktora naczelnego, gdyby Geri Lynn była na wyjeździe i przypomniała panu Shea – jak by niewątpliwie zrobiła, Geri nie jest zbyt nieśmiała – że przyznanie Scottowi tak ważnego stanowiska nie jest sprawiedliwe, skoro Geri jest w ostatniej klasie i zapracowała już sobie na uznanie, podczas gdy Scott jest wciąż tylko trzecioklasistą i to nowym w Liceum Clayton, i tak dalej.
Ale Geri zdecydowała się spędzić wakacje na obozie dziennikarstwa telewizyjnego w Kalifornii (tak, okazuje się, że jest taki obóz – i Geri Lynn jest już taka dobra w spoufalaniu się jak Mary Hart na Entertainment Tonight, że dostała nawet stypendium, żeby tam się dostać), więc nie było jej nawet na wyjeździe.
Mimo wszystko, zaakceptowała decyzję pana Shea całkiem miłosiernie. Może jest to coś, czego uczą na obozach wiadomości telewizyjnych. No wiecie, żeby być miłosiernym. Właściwie niczego takiego się nie nauczyliśmy na obozie – chociaż mieliśmy całkiem niezłą zabawę zbijając się z pana Shea. Jak na przykład kiedy pan Shea kazał nam zrobić to ćwiczenie zaufania, które polegało na tym, że cała redakcja weszła na kłodę pomiędzy dwoma drzewami, półtora metra w powietrzu, na środku drzewa, nie pozostawiając nikogo samemu sobie po drugiej stronie (czy wspominałam, że ćwiczenia zaufania są bardzo, bardzo głupie?), bez użycia drabiny ani niczego, tylko naszych dłoni, ponieważ ta ogromna fala masła orzechowego spadała prosto na nas.
Czy wspominałam, że poczucie humoru pana Shea jest również bardzo, bardzo głupie?
W każdym bądź razie, kiedy my wszyscy tam staliśmy i patrzyliśmy na pana Shea jakby zwariował, zapytał:
– Czy to jest zbyt banalne? (w innym znaczeniu tego słowa: zbożowe)
Na co Scott odpowiedział beznamiętnie:
– Właściwie, panie Shea, to jest orzechowe.
I to wtedy zrozumieliśmy, że Scott miał wszystkie potrzebne kwalifikacje do zostania redaktorem naczelnym. Nawet Geri Lynn – kiedy szkoła znowu się zaczęła jesienią, i odkryła, że straciła pracę, której tak bardzo pragnęła – wydała się dostrzec nieprzeciętne umiejętności kierownicze Scotta. Właściwie, pierwsze małe serduszko w jej kalendarzu pojawiło się tylko tydzień po rozpoczęciu roku, więc sądzę, że nie chowa z tego powodu urazy ani nic.
– Myślę, że to byłoby świetne – powiedział Scott na temat mojego pomysłu. No wiecie, napisania historii na temat porwania Betty Ann. – To będzie zabawne. Moglibyśmy zrobić jeden z tych portretów zaginionych z Betty Ann, takich jak mają na poczcie. I zaoferować nagrodę w imieniu pani Mulvaney.
Geri Lynn przestała kołysać puszka swojego napoju. Kiedy puszka Geri przestaje się kołysać, to znak, że wszyscy powinni się schować. Ponieważ Geri ma temperament. Sądzę, że nie oferują na ten temat programu szkoleniowego na obozach dziennikarstwa telewizyjnego.
– To najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałam – powiedziała. – Nagrodę? Za oddanie LALKI?
– Ale Betty Ann nie jest zwykłą lalką – powiedział Scott. – Jest tak jakby nieoficjalną szkolną maskotką.
Co jest prawdą z tego powodu, że prawdziwa szkolna maskotka jest taka beznadziejna. Jesteśmy Kogutami Clayton. Ta cała sprawa jest żałosna. Nie żeby się to liczyło, skoro nasza szkoła przegrywa właściwie wszystkie gry, w każdej dziedzinie sportu.
Ale powinniście zobaczyć to przebranie koguta. Jest naprawdę żenujące. Znacznie bardziej żenujące niż posiadanie lalki za maskotkę.
– Myślę, że Jen jest na tropie – powiedział Scott, ignorując spojrzenie Geri. – Kwang, dlaczego ty tego nie napiszesz?
Kwang pokiwał głową i zrobił notatkę w swoim Palm Pilocie. Wpatrywałam się w mój blok, mając nadzieję, że Geri Lynn nie jest na mnie zła. To znaczy, nie uważajcie Geri za jedną z moich najlepszych przyjaciółek, ani nic, ale ona i ja jemy codziennie razem lunch, i poza tym jesteśmy jedynymi dziewczynami w redakcji (cóż, poza kilkoma pierwszoklasistkami, ale, tak jakby one w ogóle się liczyły) i Geri często mi się zwierza – tak jak z tą sprawą z serduszkami… nie wspominając o tym, że Scott fenomenalnie całuje.
Och, i że w niedzielne poranki, często piecze pudding jabłkowy.
Uwielbiam pudding jabłkowy. Jednak Geri Lynn by go nie zjadła. Mówi, że Scott używa całego kawałka masła tylko na skórkę i że może praktycznie poczuć, jak twardnieją jej tętnice od samego patrzenia na to.
Ponieważ Geri była już wściekła na Scotta o to, że zgodził się na coś, co ona uznawała za taką głupią historię, fakt, że przydzielił ją do Kwanga tylko ją jeszcze bardziej rozwścieczył.
– Na litość boską – powiedziała Geri. – To był pomysł Jen. Dlaczego nie pozwolisz Jen tego napisać? Dlaczego zawsze kradniesz pomysły Jen i dajesz je innym ludziom?
Poczułam falę paniki i strzeliłam spojrzenie w stronę Scotta.
Ale był totalnie spokojny, kiedy powiedział:
– Jen jest zbyt zajęta układem graficznym.
– Skąd wiesz? – warknęła Geri. – Czy chociaż zadałeś sobie trud, żeby jej o to zapytać?
Powiedziałam:
– Geri, w porządku. Jestem zadowolona ze swojej pozycji w redakcji.
Geri parsknęła, tak jakby nie mogła mi uwierzyć.
– Prrroszę.
Nie mogłam powiedzieć tego, co chciałam, a mianowicie, że robienie szaty graficznej mi odpowiada. To dlatego, że robię o wiele więcej dla gazety niż tylko to.
Tylko że nikt ma o tym nie wiedzieć. Cóż, nikt prócz Scotta, w każdym razie, i pana Shea i kilku administratorów szkolnych.
Ponieważ jedną z rzeczy, która wydarzyła się na wyjeździe podczas wakacji było to, że pan Shea podszedł do mnie i spytał, czy chciałabym wziąć jedno z najbardziej pożądanych – i tajemniczych – zajęć w redakcji… to, które przez lata jest tradycyjnie wykonywane tylko przez czwartoklasistów, ale do którego według pana Shea wyjątkowo się nadawałam, nawet pomimo tego, że jestem tylko trzecioklasistką…
I zgodziłam się.
------
Zapytaj Annie
Zapytaj Annie o najbardziej złożone, międzyludzkie sprawy. No dalej, nie bój się! Wszystkie listy do Annie są publikowane w Dzienniku Liceum Clayton. Nazwiska i adresy e-mailowe korespondentów mają zagwarantowaną poufność.
Droga Annie,
Mówię mojej najlepszej przyjaciółce wszystko – mówię jej nawet o snach, które mam w nocy. Ale ona nigdy nie chce się przede mną otworzyć – nie mówi mi nawet o tak ważnych rzeczach, jak kogo lubi i tego typu sprawach. Nie wydaje mi się, żebyśmy miały tak otwarte, absorbujące relacje, jak bym chciała. Co mogę zrobić, żeby dać jej znać, że może mi się zwierzyć?
Niekochana
Droga Niekochana,
Twoja przyjaciółka może nie mieć z czego się zwierzyć. Nie każdy uważa swoje sny za tak pasjonujące, za jakie ty ewidentnie uważasz swoje. Może po prostu stara się nie zanudzić innych. Dlaczego nie zrewanżujesz się jej tym samym?
Annie
Pan Mitchell powiedział, że muszę powiedzieć rodzicom. Ponieważ jestem nieletnia i tak dalej. Czego naprawdę nie rozumiem, skoro nie jest tak, żebyśmy ja i Luke się umawiali, ani nic. To znaczy, zamierzałam po prostu mu pokazać, gdzie jest sala gimnastyczna, i powiedzieć mu, żeby nie brał glazurowanych marchewek w jadalni. Ale nieważne.
Pan Mitchell zaoferował, że on to zrobi – to znaczy, porozmawia z moimi rodzicami – ale powiedziałam mu, że sama to zrobię. Wiedziałam, że gdyby on to zrobił, moi rodzice zrozumieliby to wszystko zupełnie inaczej. Jak tę sprawę z Zapytaj Annie.
Poczekałam do obiadu, kiedy moi bracia poszli odrobić pracę domową. Mam dwóch młodszych braci, Cala i Ricka, w ósmej i szóstej klasie. Cal jest mięśniakiem. Uprawia każdy sport poza futbolem, w który moja mama nie pozwala mu grać, ponieważ uważa, że jest zbyt niebezpieczny. Z tego powodu, oczywiście, zamiarem Cala jest poświęcenie się karierze w egzekwowaniu prawa, najlepiej w brygadzie antyterrorystycznej. Rick, odwrotnie, nienawidzi sportu. Chce być dziecięcą gwiazdą, jaką był kiedyś Luke Striker. Nie rozumie, dlaczego rodzice nie załatwili dla niego agenta. Próbowali mu wyjaśnić, że w Clayton, w Indianie, nie ma żadnych agentów, ale Ricka to nie obeszło. Mówi, że jego czas ucieka i niedługo nie będzie już taki uroczy, więc niech lepiej ktoś go już odkryje, i to szybko.
Tak jak ja, moi bracia dogadują się prawie z każdym… nawet ze mną i sobą nawzajem, prócz sporadycznych wybuchów kłótni o pilota lub ostatniego czekoladowo-karmelowego ciastka z owocami, czy czegoś takiego.
Mimo to, uznałam że prawdopodobnie najlepiej utrzymać ich w niewiedzy o całej sprawie z Lukiem Strikerem, ponieważ mogliby nie zachować tego dla siebie. Cal ma przecież starą figurkę Luke’a Strikera – alias Tarzana. A Rick pewnie spróbowałby zdobyć numer telefonu jego agenta.
Ponieważ zachowałam się tak swobodnie w całej tej sprawie – „Jest tu ten aktor i przyjeżdża do naszego miasta, żeby zebrać materiał do swojej roli i chcą, żebym oprowadziła go po szkole i utrzymała z dala od paparazzich” – moi rodzice tylko wzruszyli ramionami, kiedy usłyszeli nowiny. Tylko mój tata sprawiał wrażenie zaniepokojonego, ale tylko przez minutę – a nawet nie, jak początkowo myślałam, bo słyszał już o tej sprawie z tatuażem „Angelique”.
– Nie zatrzymuje się u nas, prawda? – spytał, patrząc zza gazety, którą czytał – Dziennika Clayton, który wychodzi po południu, nie rano, więc reporterzy nie muszą wychodzić do pracy zbyt wcześnie. Moje miasto jest naprawdę małe. Czy już o tym wspominałam?
– Nie, tato – odpowiedziałam. – Wynajmuje mieszkanie przy jeziorze.
– Dzięki Bogu – powiedział tata, i zniknął za gazetą. Mój tata nie znosi gości w naszym domu.
– Więc kim jest ten chłopiec? – chciała wiedzieć moja mama.
– Luke Striker – powiedziałam. – Grał najstarszego syna w Niech niebo nam pomoże.
Moja mama uśmiechnęła się.
– Och, tego słodkiego blondynka?
Zaczęłam się zastanawiać, czy moja mama wciąż uważałaby, że Luke jest słodki, gdyby widziała go w scenie w lagunie w Tarzanie. Tej, w której jego „opasanie” tak jakby odpłynęło, co bardzo podekscytowało Jane – i Trinę.
– Tak, właśnie jego – powiedziałam.
– Cóż – powiedziała mama, odwracając się do swojego szkicownika. – Mam nadzieję, że się w nim nie podkochujesz. Ponieważ, wiesz, on mieszka w Hollywood. Wątpię, żebyście się widywali po tym, jak wyjedzie.
– Nie ma obaw, mamo – powiedziałam, myśląc o zobowiązujących tatuażach. – Luke Striker naprawdę nie jest w moim typie.
--------
Zapytaj Annie o najbardziej złożone, międzyludzkie sprawy. No dalej, nie bój się! Wszystkie listy do Annie są publikowane w Dzienniku Liceum Clayton. Nazwiska i adresy e-mailowe korespondentów mają zagwarantowaną poufność.
Droga Annie,
Moja macocha mówi mi, że wszystko, co lubię, jest złe i nie powinnam lubić tego czy tamtego, bo kiedy umrę, to pójdę do piekła. Uważa, że lubienie muzyki rockowej, czytanie książek fantasy i oglądanie MTV jest grzeszne. Posuwa się nawet dalej, do mówienia o tym, że muzyka, książki i ludzie, których lubię, są źli.
Szanuję to, co ona lubi, ale myślę, że powinna również szanować to, co ja lubię. Co o tym myślisz, Annie?
Ta, która pójdzie do piekła
Droga Ta, która pójdzie do piekła,
Powiedz twojej macosze, żeby się uspokoiła. Nie pójdziesz do piekła. Już w nim jesteś.
Nazywa się ono szkoła średnia.
Annie
5.
Przypuszczam, że dla niewtajemniczonych stołówka w Liceum Clayton może sprawiać wrażenie nieco przerażającego. To znaczy, jeśli wtłaczasz sześciuset nastolatków – jadamy w dwóch zmianach – do jakiegokolwiek pomieszczenia, to musi być głośno.
Ale wydaje mi się, że Luke nie oczekiwał tylu silnych decybeli w swoich bębenkach z powodu hałasu.
Potem jest jeszcze to, że na zewnątrz Glenwood Road – która jest główną ulicą w centrum Clayton, którą tam i z powrotem jeżdżą ludzie mający samochody w każdą sobotnią noc – nie ma żadnego miejsca, które byłoby większą „sceną” niż stołówka Liceum Clayton. Nie możesz po prostu złapać swojego jedzenia, i pójść i usiąść przy stole i je zjeść w Liceum Clayton.
Nie, musisz przejść przez całe przejście stolików żeby dostać się do miejsca, gdzie sprzedawane jest jedzenie – nawet jeśli chcesz tylko mleka albo oranżady, czy czegokolwiek.
I kiedy przechodzisz przez to przejście, czujesz na sobie każdą parę oczu w jadalni. Serio. To jest jadalnia, w której reputacje są dobrze ustawione lub złamane, zależnie od tego jak wyglądasz, kiedy idziesz tam i z powrotem przejścia.
Chyba że, oczywiście, jesteś mną. Wtedy, szczerze mówiąc, nikt nie zwraca na ciebie uwagi.
Luke, jednakże, nie wiedział tego. Stał w wejściu wpatrując się z przerażeniem na to przejście, przez które posuwała się Courtney Deckard i część jej świty.
– Mój Boże – westchnął. Trochę ciężko było go usłyszeć przez ten hałas. – To gorsze niż Niebiański Bar.
Trina odezwała się:
– Nazywamy to wybiegiem. Jesteś gotowy, żeby się popisać?
Wciąż oniemiały, Luke podążył za nami, kiedy szłyśmy po wybiegu, zmierzając do miejsca sprzedaży. I spostrzegłam dokładnie, że hałas zaczął cichnąć, kiedy szliśmy, ale byłam absolutnie świadoma, że udało nam się przykuć uwagę każdej osoby płci żeńskiej – od najmniejszej pierwszoklasistki do najstarszej damy jedzącej lunch – w stołówce.
Luke wydawał się być świadomy gwaru, jaki wywołał. Był jakby trochę w szoku. Kiedy podałam mu tacę, wziął ją przez słowa. Kiedy pani podająca lunch spytała go, czy chce kukurydzę, czy zielony groszek, nie był w stanie dokonać wyboru. Powiedziałam jej, żeby podała kukurydzę, bo wydawało mi się, że Luke, jako gość naszego stanu, mógłby chcieć spróbować warzywo, z którego jesteśmy najbardziej znani.
Kiedy nasze tacki były pełne, poszliśmy do kasy, gdzie Luke był wciąż najwyraźniej zbyt osłupiały, żeby wyłowić dwa dolce, ile kosztował jego lunch. Zapłaciłam. To dobrze, że jestem taką popularną babysitterką – jako dziewczyna bez chłopaka, jestem zawsze dostępna w sobotnie wieczory – ponieważ w przeciwnym razie, gdybym musiała płacić za Luke’a wszędzie, gdzie idziemy, mogłabym zbankrutować.
Trina i ja postawiłyśmy swoje tacki na tym samym stoliku, przy którym siadamy każdego dnia od pierwszej klasy – dokładnie w środku pokoju, między popularnymi dzieciakami – twórcami nowych trendów – i dzieciakami, które nie są wystarczająco wrażliwe, żeby musieć jeść w miejscu dla chóru, ale nie są wystarczająco popularne, żeby siedzieć z mięśniakami – naśladowcami trendów.
Trina i ja nie jesteśmy jedyne przy środkowym stoliku. Jest również grupka innych osób, które tu siedzą. W ich skład wchodzi większość kujonów, mózgowców, maniaków komputerowych, fanatyków teatru, punków, i redakcji Dziennika Liceum Clayton.
Geri Lynn prawie zakrztusiła się swoją dietetyczną colą, kiedy Luke Striker usiadł na krześle obok niej i zaczął wpatrywać się w zamyśleniu w swoje jedzenie.
– Och, cześć – powiedziała. – Ty musisz być Lucas.
Widzicie? Widzicie jak szybko krążą plotki? Nawet nie widziałam jeszcze Geri Lynn tego dnia, a ona już słyszała o nowym facecie. Czy moglibyście sobie wyobrazić, co by było, gdybym pisnęła słówko, że to ja prowadzę Zapytaj Annie? W jak krótkim czasie ta wieść obeszłaby całą szkołę?
Luke nawet nie spojrzał na Geri. Zamiast tego, podniósł swój widelec i dźgnął nim jedzenie na swojej tacce.
– Co TO jest? – chciał wiedzieć.
– Stek wołowy – powiedziałam. Dla siebie wzięłam pizzę. Prawdopodobnie powinnam była ostrzec go przed zamawianiem czegoś w bufecie i braniem szkolnego lunchu. Ale liczyłam na to, że może w swojej chęci doświadczenia wszystkich przeżyć nastolatków na środkowym Zachodzie, będzie chciał spróbować steku.
– Jestem wegetarianinem – powiedział Luke, bardziej do steku, niż do mnie.
– Mają bar sałatkowy – zaoferowała pomocnie Trina, która waha się między ovo a lacto, zależnie od nastroju.
Scott przyniósł sobie swój lunch, jak to robi każdego dnia. To zwykle to, co gotował na obiad dla siebie i swojego taty wieczór wcześniej, starannie zapakowany w plastikowy pojemnik. Dzisiaj wydawał się mieścić w sobie pieczone ziti i chleb czosnkowy, który Scott podgrzał w kuchence mikrofalowej w stołówce. Wydawało się to być bardzo, bardzo dobre.
– Zamierzasz to zjeść? – Scott spytał Geri, odnosząc się do ciastka czekoladowego przed nią.
– Nie, kochanie – odpowiedziała Geri, ze spojrzeniem wciąż ulokowanym na Luke’u. – Proszę bardzo.
Scott podniósł ciastko i wziął troszkę. Potem skrzywił się i odłożył je. Umiejętności kulinarne obsługi w stołówce nie równają się jego.
– Jadasz tutaj codziennie? – spytał Luke, dokładnie obserwując kawałek steku wołowego, który wziął.
– To zamknięty campus – poinformowałam go. – Tylko maturzyści mogą opuszczać teren szkoły na lunch. A nawet wtedy, mogą wybierać tylko pomiędzy Pizza Hut a McDonalds’em. Każde inne miejsce jest położone zbyt daleko, żeby mogli zdążyć na piątą lekcję.
Luke westchnął i zdjął stek ze swojego widelca.
– Chcesz trochę tego? – spytał Scott, wskazując na to, co zostało z jego ziti. – Zawiera mięso, ale…
Luke włożył widelec do plastikowego pojemnika Scotta bez czekania na dalsze zaproszenia. Wziął kawałek ziti, przeżuł i połknął. Kiedy to zrobił, nie mogłam się powstrzymać od zauważenia, że spojrzenie każdej kobiety w pobliżu – od Triny do Geri, i do japońskiej uczennicy z wymiany, Hisae – było przykute do jego męskiej szczęki.
– O rany – powiedział Luke, po przełknięciu. –To jest niezłe. Twoja mama to robi, czy jak?
Scott nie jest bardzo wrażliwy na punkcie tego, że lubi gotować. W przeciwieństwie do niektórych facetów, nigdy nie przyszłoby mu to głowy zaprzeczyć, że wie jak zrobić ziti. Nie zrobił więc tego przy „Lucasie”.
– Skąd, sam to zrobiłem – powiedział. – Proszę bardzo, skończ to. Mam zamiar pójść po oranżadę.
Luke wsuwał ziti Scotta z zaskakującym entuzjazmem jak na kogoś, kto utrzymywał, że nie jada mięsa, kiedy ni stąd ni zowąd, cała jadalnia wybuchnęła rykiem. Serio. To było tak, jakbyśmy nagle weszli do namiotu 4-H na Duane County Fair albo coś.
Luke obrócił się na swoim siedzeniu, próbując zorientować się, co się dzieje. Ale wszystko, co zobaczył, to było to, co my każdego dnia, Cara Schlosburg idąca po wybiegu do bufetu.
Biedna Cara. Szkoda, że nigdy nie zrobiła tego na chórze (brała udział w przesłuchaniu i w ogóle, ale nie dostała się. Część przemądrzałych osób z sopranu mówi, że to dlatego, że nie ma takich wkładek do biustonosza, które mogłyby udawać, że Cara ma biust, i dać nam jednolitość wyglądu). Ponieważ przynajmniej wtedy miałaby bezpieczne miejsce do schronienia się w czasie lunchu.
Zamiast tego, próbuje jeść w jadalni jak normalna osoba, i szczerze mówiąc, nigdy jej się to jeszcze nie udało.
Oczy Cary, jak zawsze, wypełniły się łzami, kiedy ryki stały się głośniejsze, kiedy szła dalej po wybiegu. Trzymała tackę zawierającą jej zwykły niskokaloryczny lunch – talerz sałaty, przybrany na boku, kilka pałeczek z chleba i dietetyczną oranżadę.
Ale Kurt i jego kumple nie mają w ogóle szacunku do tego, że Cara próbuje, mimo wszystko, schudnąć. Po prostu dalej ryczeli, na pozór ledwie uświadamiając sobie, że to robią. Zobaczyłam Courtney Deckard wybuchającą rykiem, a potem wracającą do rozmowy z inną cheerleaderką po drugiej stronie jej stolika, tak jakby nie było żadnego zakłócenia.
– Hej wy, zamknijcie się – wrzasnęła Cara z tej części jadalni, gdzie siedzą popularne dzieciaki, skąd przede wszystkim – chociaż nie tylko – pochodziły ryki. – To nie jest zabawne!
Najsmutniejszą rzeczą z tego wszystkiego jest to, że wiem, że Cara nie oddałaby niczego na świecie, żeby nie siedzieć tam. Wiecie, przy stoliku popularnych ludzi, z tymi, którzy tak ryczą. Cara jest jedną z tych dziewczyn, które wielbią mięśniaków i cheerleaderki, popularnych ludzi. Nie wiem dlaczego, bo brałam udział w rozmowach z nimi, z Courtney Deckard czy kimkolwiek, i zawsze mówią rzeczy w stylu: „Byłaś na wyprzedaży w Bebe w ten weekend? Czy nie była super?” albo: „Mówiłam im, że chcę francuski pedicure, który podkreśli moją opaleniznę, ale zrobili go zdecydowanie zbyt różowy, nie uważasz?”.
Nie żeby, no wiecie, rozmowy przy moim stoliku były bardziej inspirujące. Ale przynajmniej rozmawiamy nie tylko o tym, co ten-czy-tamten miał na sobie na czyjejkolwiek imprezie, i czy Tsti Delite w Penguinie są faktycznie beztłuszczowe…
Ale Cara jest przekonana, że jest czegoś pozbawiona, więc próbuje i próbuje sprawić, żeby popularni ludzie przyjęli ja do ich grupy, kupując wszystkie odpowiednie ciuchy, układając włosy w odpowiedni sposób…
Ale odpowiedni dla kogo? Nie dla Cary. Pewnie, miała dokładnie takie same spodnie, jak Courtney Deckard. Ale nawet w nich dobrze nie wyglądała – przynajmniej, nie tak, jak Courtney wyglądała w swoich. Ani trochę.
I pewnie, jej włosy miały taki sam kolor jak Courtney, miodowy blond (nawet dzięki temu samemu salonowi fryzjerskiemu). Ale miodowy blond wygląda znacznie lepiej na dziewczynach takich jak Courtney, niż na dziewczynie takiej jak Cara.
W rzeczywistości, Cara wyglądała tak źle, w ciuchach i fryzurze, jakie Courtney i jej grupa upierała się przy noszeniu, żeby być na topie, że ci ludzie, na których próbowała zrobić wrażenie, nie mogli robić nic innego, jak tylko uśmiechać się do niej pogardliwie.
Albo na nią ryczeć, tak właściwie.
To byłaby jedna rzecz, gdyby po prostu nie obchodziło jej, co inni ludzie o niej myślą. To znaczy, jest mnóstwo dziewczyn z nadwagą w Clayton. Ale jedyną, która kiedykolwiek ma z tego powodu przykrości, jest Cara.
A reakcja Cary na to ryczenie po prostu sprawia, że ryczenie dla ryczących jest zabawniejsze. Ludzie właściwie ryczą bardziej, kiedy Cara błaga, żeby przestali. Nie wiem, dlaczego Cara tego nie widzi. Mówiłam jej wystarczająco dużo razy… cóż, a raczej Zapytaj Annie.
Ale Cara nigdy nie robi niczego, jak normalna osoba. Zamiast po prostu wziąć tacę i pójść gdzieś usiąść, z dala od linii ognia, Cara kręciła się w kółko i w kółko, próbując określić dokładnie skąd pochodziło ryczenie.
– Przestańcie! – wrzasnęła. – Powiedziałam, żebyście przestali!
Wreszcie, jak to bywa w większość dni, ktoś rzucił czymś do jedzenia w głowę Cary. Tym razem był to zapiekany ziemniak. Uderzył ją prosto w czoło, powodując, że Cara upuściła swoją tacę – wyrzucając wszędzie liście sałaty i kremowy sos do sałatek – i wybiegła do toalety, szlochając.
– Och, Jezu – powiedziałam, bo wiedziałam, że to był sygnał, żebym wstała, poszła tam i spróbowała ją pocieszyć.
– Co do diabła – powiedział Luke, rozglądając się wokół z wyrażeniem oburzenia na twarzy – jest nie tak z tymi ludźmi?
– Och, nie martw się o Carę – powiedziała Geri Lynn. – Jen uspokoi ją do dzwonka.
– Jen… - Luke spojrzał na mnie, jakbym była przybyszem z innej planety, i nie Carą. – To zdarzało się wcześniej?
Trina przewróciła oczami.
– Wcześniej? Każdego dnia, raczej.
Posłałam Luke’owi uprzejmy uśmiech, a potem wstałam i skierowałam się w stronę Cary.
Znalazłam pana Steele, nauczyciela biologii, który miał to nieszczęście dyżurowania w stołówce tego dnia, stojącego zaraz przed drzwiami toalety, wołającego: „Cara, będzie dobrze. Dlaczego po prostu nie wyjdziesz i nie powiesz mi, czemu jesteś taka zdenerwowana…”
Jak tylko mnie zobaczył, twarz pana Steele zmieniła się w grymasie ulgi.
– Och, Jenny – powiedział. – Dzięki Bogu, że tu jesteś. Czy mogłabyś sprawdzić, czy z Carą wszystko w porządku? Zrobiłbym to, ale no wiesz, to toaleta dla dziewczyn…
– Jasna sprawa, panie S. – powiedziałam.
– Dzięki – powiedział. – Wy dzieciaki jesteście najlepsze.
Byłam trochę zaskoczona tym „wy dzieciaki”. Nie zdawałam sobie sprawy, dopóki nie obejrzałam się do tyłu, że nie byłam jedyną osobą z mojego stolika, która wyszła ze stołówki. Luke stał zaraz za mną.
Myśląc, że potraktował tą całą sprawę z chodzeniem za mną jak cień raczej poważnie, powiedziałam:
– Ee, wrócę za minutę – i zaczęłam wchodzić do środka za Carą.
Ale ku mojemu zaskoczeniu, Luke wziął mnie za ramię i, odciągając mnie poza zasięg słuchu pana Steele, zapytał:
– O co tam chodziło?
– O co chodziło z czym? – Naprawdę nie wiedziałam, o czym on mówił.
– Tam. Z tym całym ryczeniem. – Luke właściwie wyglądał na trochę zdenerwowanego. Cóż, może zdenerwowany, to trochę zbyt mocne określenie. Wyglądał na poirytowanego. – No wiesz, kiedy zgłosiłem się do tego, nie oczekiwałem, że to będzie jak klasa w Małym Domku na Prerii. Ale nie myślałem, że to będzie jak cela w jakimś więziennym przedstawieniu.
Nie jestem wielką fanką Liceum Clayton – ani żadnego liceum, naprawdę, pomijając może to sztuk scenicznych, to w Fame, gdzie każdy tańczył na taksówkach na ulicy – ale nadal nie mogłam zrozumieć, jak Luke mógł porównywać je do więzienia. Liceum Clayton nie jest w ogóle jak więzienie. Po pierwsze, nie ma żadnych pręt w oknach.
A po drugie, więźniowie dostają przepustki za dobre zachowanie. Jedyną rzeczą, którą możesz dostać w liceum za nie zabijanie siebie nawzajem, jest dyplom, który się właściwie do niczego nie przydaje, pomijając może posadę menadżera w Rax Roast Beef.
– Hm – powiedziałam. – Przykro mi. – O czym on mówił? Dlaczego był taki zdenerwowany? To znaczy, taak, to wredne, jak traktują Carę, ale co ja mam z tym zrobić? – Ale ja właściwie muszę już iść…
– Nie – powiedział Luke, jego niebieskie oczy wciąż paliły się jak kawałki kryptonu za soczewkami jego okularów. – Chcę wiedzieć. Chcę wiedzieć dlaczego nie spróbowałaś powstrzymać tych ludzi przed męczeniem tej biednej dziewczyny.
– Słuchaj – powiedziałam. Lamenty Cary stawały się coraz głośniejsze, i wiedziałam, że dzwonek może zadzwonić w każdej chwili. Ale nie wiem. Coś mnie napadło. Może to był stres, że mam gwiazdę filmową ukrywającą się chodząc za mną cały czas. A może pozostałość napięcia, kiedy pan Hall wrzeszczał przez godzinę na temat mojego jazzu.
W każdym razie, trochę się załamałam. To znaczy, co go napadło, że praktycznie nic nie mówił do mnie przez większość dnia, a potem nagle odwrócił się i wrzeszczał na mnie za coś, co robili Kurt Schraeder i jego kumple?
– Jeśli tak bardzo nie pochwalasz tego miejsca – syknęłam – dlaczego po prostu nie wrócisz do Hollywood? Nie obchodziłoby mnie to, no wiesz, ponieważ właściwie mam ważniejsze rzeczy do roboty niż niańczenie takich książąt jak ty.
A potem odwróciłam się i weszłam do łazienki dla dziewczyn.
Przyznam że, nawet pomimo tego, że moja przemowa brzmiała fajnie i tak dalej, zbyt fajnie się nie czułam. Tak naprawdę, moje serce biło trochę szybko, i czułam się trochę tak, jakbym miała zwrócić moją pizzę. Ponieważ naprawdę, nie wrzeszczę na ludzi. Nigdy.
A fakt, że nawrzeszczałam na tego bardzo sławnego gwiazdora filmowego, do którego przydzielono mnie przez dyrektora i Pikantną Lucy, żebym byłą dla niego miła… cóż, byłam trochę przestraszona. Przestraszona, że Luke przekaże doktorowi Lewisowi, co powiedziałam. Przestraszona, że na skutek tego zostanę wydalona. I przestraszona, że nie dostanę mimo wszystko tego dyplomu, i będę musiała pracować jako telefonistka prasowa, dokładnie tak, jak napisałam w teście osiągnięć.
Tylko, że żartowałam! Nie chcę być telefonistką prasową! To znaczy, jestem świetna w rozwiązywaniu problemów innych ludzi… no wiecie, rozplanowywaniu i tym wszystkim. Widzę, jakie rzeczy do siebie pasują, i co gdzie powinno pójść, i dlatego nie jestem tylko Zapytaj Annie, ale również pomagam w projektach układów dla Klubu Dramatycznego. Chcę być terapeutką – albo projektantką – albo i tym, i tym – kiedy dorosnę. A nie telefonistką prasową.
Tylko, że trochę ciężko jest być terapeutką LUB projektantką w trzeciej klasie liceum.
Ale naprawdę nie miałam wtedy czasu, żeby martwić się o Luke’a. Bo wciąż musiałam poradzić sobie z Carą.
– Cara – powiedziałam, zamierzając się pochylić przez drzwi kabiny, za którymi się zamknęła. – Wychodź. To ja, Jen.
– Dlaczego? – wyszlochała Cara. – Dlaczego oni mi to robią, Jen?
– Bo to idioci. A teraz wychodź.
Cara wyszła. Jej twarz była cała w plamach od łez. Gdyby nie spędziła tyle czasu, płacząc, i przestała próbować suszyć włosów w taki sposób, żeby były tak proste, jak Courtney Deckard, i po prostu pozwoliła im się kręcić, tak jak chciały, i skończyła capris (?), który nie wyglądał tak dobrze przy jej figurze, podejrzewam, że mogłaby być nawet ładna.
– To niesprawiedliwe – powiedziała Cara, pociągając nosem. – Próbuję i próbuję… Powiedziałam im nawet, że moi rodzice wyjeżdżają z miasta w zeszły weekend, i że mogą przyjść do mojego domu na imprezę. Ale czy ktoś się pojawił? Nie.
Włączyłam wodę w jednej z umywalek i zmoczyłam papierowy ręcznik, żeby zetrzeć ziemniaki z włosów Cary.
– Mówiłam ci już – powiedziałam. – To idioci, Cara.
– To nie są idioci. Rządzą szkołą. Jak ludzie, którzy rządzą szkołą, mogą być idiotami? – Spojrzała żałośnie w swoje odbicie w lustrze nad umywalkami. – To ja. To tylko ja. Jestem taką nieudacznicą.
– Nie jesteś nieudacznicą, Cara – powiedziałam. – A oni nie rządzą szkołą. Technicznie rzecz biorąc, rządzi nią samorząd uczniowski.
– Ale ludzie, którzy są w samorządzie uczniowskim nie są popularni – zauważyła Cara.
– Są ważniejsze rzeczy od bycia popularnym, Cara.
– Łatwo ci powiedzieć, Jen – powiedziała Cara. – To znaczy, spójrz na siebie. Jesteś ładna i szczupła, i każdy cię lubi. KAŻDY. Nigdy nikt na ciebie nie ryczał.
To prawda. Ale również nigdy nie próbowałam zrobić niczego, żeby ludzie mnie polubili w taki sposób, jak robi to Cara. To znaczy, tak jak noszenie ciuchów, które nie wyglądają na mnie dobrze, tylko dlatego, że są popularne, albo układanie sobie włosów w konkretny sposób, bo tak właśnie robi to Courtney Deckard.
Jednak kiedy o tym wspomniałam, Cara powiedziała po prostu:
– Brzmisz zupełnie jak Zapytaj Annie. Bądź sobą. Ona tak właśnie mówi.
– To dobra rada – powiedziałam.
– Jasne – powiedziała ze smutkiem Cara. – Jeśli wiesz, kim właściwie jesteś.
Zadzwonił dzwonek, długo i głośno. Sekundę później, łazienka dla dziewczyn wypełniła się dziewczynami chcącymi sprawdzić swoje fryzury przed pójściem do klas. Moje tete-a-tete z Carą dobiegało końca. Na razie.
– Zobaczymy się później – powiedziałam do niej. W odpowiedzi pociągnęła tylko nosem, i zaczęła przekopywać torebkę w poszukiwaniu chusteczki. Nie byłam zaskoczona. Cara nigdy nie dziękowała mi za przychodzenie do niej, żeby sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku po jednym z jej wybuchów. Byłam całkiem pewna, że to był jeden z powodów, dla którego nie miała żadnych przyjaciół. Po prostu nie wiedziała, jak traktować innych.
Musiałam przyznać, że przez tę całą sprawę z Carą, trochę zapomniałam o Luke’u Strikerze… przynajmniej dopóki nie wyszłam z toalety i tam on stał, czekając na mnie.
To chore uczucie wróciło prosto do mojego brzucha. Co on tu nadal robił? Naprawdę sądziłam, że, po moim wybuchu, pójdzie sobie i zadzwoni po swoją limuzynę, żeby go stąd zabrała. Zamiast tego, podszedł do mnie, z rękami w kieszeniach, i zapytał:
– No więc, co mamy potem?
Tak po prostu. Jakby nic się nie wydarzyło. Jakbym nie kazała mu wrócić z powrotem do Hollywood ani nic.
Co to znaczyło? Że nie zamierzał pobiec do doktora Lewisa, przekazać mu, co powiedziałam? Czy zamierzał po prostu udawać, że mój wybuch się nie wydarzył? Jaka osoba robi coś takiego?
Jestem bardzo dobra w rozszyfrowywaniu ludzi. Oprócz, najwyraźniej, Luke’a Strikera.
Supełek w moim brzuchu rozluźnił się trochę po tym, ale wciąż nie czułam się zupełnie swobodnie. Nie wiedziałam, co spowodowało, że Luke zmienił zdanie na mój temat i Liceum Clayton – ani czy nawet je zmienił – ale wiedziałam jedną rzecz:
Wątpiłam, czy którekolwiek z nas będzie w stanie spełnić jego oczekiwania.
------
Na początku o tym nie myślałam. No wiecie, o tym, że Luke zdejmuje koszulę. Połowa facetów w myjni samochodowej nie miała na sobie koszul.
Więc facet zdjął koszulę? Wielka rzecz. Miałam znacznie ważniejsze powody do zmartwień, na przykład Tę Parę Liceum Clayton najwyraźniej zrywającą ze sobą przed moimi oczami, i prawdopodobnie – wiem, że nie tylko, ale częściowo, może – przeze mnie.
Mimo to, ostre wciągnięcie powietrza przez Trinę wprawiło mnie w osłupienie właśnie kiedy zamierzałam pędzić za Geri.
Nie wiem, dlaczego mnie to zatrzymało. Ale zatrzymało. Zatrzymałam się dokładnie tam, gdzie stałam, potem odwróciłam się powoli.
Spojrzałam na Trinę. Jej spojrzenie było zatrzymane na Luke’u. I nie tylko na jego naprawdę imponujących mięśniach brzucha… świetle bawiącym się jasnymi włosami pokrywającymi jego klatkę piersiową zanim wiło się w dół jego mięśni brzucha i znikało w pasku jego Levisów… jego całkowicie imponujących bicepsach.
Nie żeby te wszystkie rzeczy nie były warte patrzenia się na nie. Ponieważ totalnie były.
Nie, to był tatuaż na ramieniu Luke’a, tuż pod jego prawym barkiem, który wydawał się przyciągać uwagę Triny.
Tatuaż, który brzmiał Angelique.
– O mój Bo… - zaczęła mówić Trina. Nie udało jej się jednak dokończyć, ponieważ zamknęłam jej usta swoją dłonią.
– Mmm, mmm – powiedziała Trina natarczywie w moją dłoń. Ale miałam ją w żelaznym uścisku.
– Zamknij się i chodź ze mną – syknęłam jej do ucha, i zaczęłam ciągnąć ją w stronę drzwi do Chi-Chi.
– Ale mmm – próbowała powiedzieć Trina, ale nie chciałam jej puścić.
– Dziewczyny – powiedział z irytacją pan Hall, kiedy przeszłyśmy obok. – To nie czas na zabawę. Mamy mnóstwo samochodów do umycia.
– Taak, wiem, zaraz wrócimy, panie Hall – zapewniłam go. – Musimy tylko pójść do toalety.
Potem pociągnęłam Trinę do przedsionka Chi-Chi, i popchnęłam ją w stronę łazienki dla dziewczyn…
…gdzie wreszcie uwolniłam dłoń z jej ust.
– O mój Boże, Jenny! – wrzasnęła. – To Luke Striker! Nowym chłopakiem jest Luke Striker!
– Cśśś – zajęło chwilę moim oczom do dostosowania się do ciemności restauracji po byciu na zewnątrz w jasnym świetle tak długo. Mimo to, nie musiałam nic widzieć, żeby stwierdzić, że nie byłyśmy w toalecie same. Słyszałam Geri pociągającą nosem w ostatniej kabinie…
Przynajmniej dopóki nie usłyszała słów Luke Striker.
– Wiedziałam! – Geri Lynn wypadła z kabiny jak dziki koń ze swojej zagrody. – Wiedziałam, że wygląda znajomo! Lucas jest Lukiem Strikerem?
– Słuchajcie – powiedziałam, patrząc z jednej dziewczyny na drugą. Twarz Triny była zaczerwieniona z podniecenia i słońca. Geri była spuchnięta od płaczu. Ale obie miały na sobie wyraz wyczekującego zainteresowania. – Okej. Tak, Lucas jest Lukiem Strikerem. Jest tutaj, żeby poszukać materiałów do swojej roli. I doktor Lewis sam poprosił mnie, żeby utrzymać prawdziwą tożsamość Luke’a w sekrecie, więc musicie…
Ale to było jak mówienie do pary dwulatków. Ponieważ zamiast rozsądnej rozmowy, która mogła mieć miejsce, Trina i Geri odwróciły się do siebie i zaczęły skakać w górę i w dół, wrzeszcząc z całych sił:
– Luke Striker! Luke Striker!
– Hej – powiedziałam, naprawdę obawiając się, że połowa ludzi w restauracji wpadnie do środka. – Uspokójcie się. Mówiłam wam, to ma być tajemnica…
– O mój Boże, wiedziałam, że to on – Trina przestała skakać na wystarczająco długo, żeby to powiedzieć. – Wiedziałam to tego dnia w czasie lunchu, kiedy powiedział, że jest wegetarianinem. Bo wiesz, że przestałam jeść mięso odkąd przeczytałam w Teen People, że Luke jest wegetarianinem od czasów Niech niebo nam pomoże.
– Wiedziałam, że jest Lukiem Strikerem – powiedziała Geri – od spotkania Dziennika wczoraj wieczorem. No wiesz, Jenny, kiedy zaczął mówić o prawie gwiazdy do prywatności? Przysięgam, że kiedy to powiedział, myślałam sobie: „No wiesz, on wygląda tak bardzo jak Lancelot z Lancelot i Guenevere, ciekawe, czy nie JEST Lukiem Strikerem”.
– Hej wy! – wrzasnęłam, najwredniejszym głosem, którego używam tylko wtedy, kiedy opiekuję się dziećmi, i dzieciaki zaczynają opryskiwać się ketchupem albo coś takiego.
To jednak poskutkowało. Trina i Geri przestały mówić i spojrzały na mnie.
– Posłuchajcie mnie – powiedziałam niskim, równym głosem. – Prawdziwa tożsamość Luke’a ma być zachowana w tajemnicy. Nikt ma nie znać prawdy, zrozumiano? Tak chce Luke. Jest tutaj, bo szuka materiałów do roli. Nie może znaleźć materiałów do roli, jeśli ludzie nie zachowują się przy nim normalnie. A jeśli wyjdzie na jaw, że tak naprawdę jest Lukiem Strikerem, nikt nie będzie się zachowywał przy nim normalnie, a teraz, czy tak się zachowują?
Trina i Geri wymieniły spojrzenia.
– Całkowicie to szanuję – powiedziała Trina. Luke ma tak głębokie zrozumienie do swojej sztuki że, również będąc artystką, nie mogłabym nigdy zrobić niczego, co w jakiś sposób kolidowałoby z jego kreatywnymi celami. Nie powiem nikomu ani słowa.
Żeby nie dać się przewyższyć, Geri zrobiła palcami znak Skautek.
– Zachowam to do grobu.
Po raz pierwszy odkąd Luke zdjął swoją koszulę – nie, odkąd Geri zaczęła wrzeszczeć na Scotta – poczułam się trochę odprężona.
– Okej – powiedziałam. – Dobrze. W takim razie, to już uzgodnione. Żadna z was nie powie nikomu ani słowa o tym, że Luke wcale nie jest…
– O mój Boże – powiedziała Trina, klepiąc się w czoło. – Dlaczego powiedziałam Steve’owi, że pójdę z nim na Wiosenną Potańcówkę, kiedy mogłam pójść z Lukiem Strikerem?
– Chyba tylko w marzeniach – powiedziała Geri. – Pójdzie ze mną.
Nie wierzyłam własnym uszom.
– Czy wy dwie słyszałyście chociaż słowo z tego, co przed chwilą powiedziałam?
– Taak, jasne – powiedziała Trina. – Mały palec obiecuje dyskrecję, tadda tadda tadda wciąż mogę o nim marzyć, prawda?
– Cóż, ja nie mam już partnera na Wiosenną Potańcówkę – powiedziała Geri, otwierając torebkę i wyjmując pomadkę. – Więc moje marzenia mogą się urzeczywistnić. Zamierzam teraz wyjść tam i go zaprosić.
Spojrzałam na Geri z przerażeniem.
– Zaprosić kogo? Luke’a? Na Wiosenną Potańcówkę? Ale… ale myślałam, że idziesz ze Scottem!
– Już nie, nie idę – powiedziała Geri, fachowo nakładając warstwę pomadki.
Nie wierzyłam własnym uszom. To znaczy, podejrzewałam to, ale usłyszeć, jak po prostu z tym wypaliła…
– Ty i Scott zerwaliście? Naprawdę? Właśnie teraz?
– Tak właśnie. – Najwyraźniej usatysfakcjonowana tym, co zobaczyła w lustrze, Geri wrzuciła pomadkę z powrotem do torebki i odwróciła się do mnie. – I nie próbuj namówić mnie, żebym do niego wróciła. Wiem, że sądziłaś, że jesteśmy świetną parą, ale tak naprawdę, tak jest lepiej dla nas obojga. Ja wyjeżdżam do UCLA pod koniec lata, a mu został jeszcze jeden rok tutaj w Clayton, i… i tak jest po prostu łatwiej.
Mogłam stwierdzić po rozwarciu jej szczęki, że Geri naprawdę tak uważała.
Mimo to, pomimo jej ostrzeżeń, żebym tego nie robiła, czułam, że muszę coś powiedzieć.
– Ale przecież już się ze sobą sprzeczaliście, i zawsze jakoś wam się układało. Może powinniście się z tym przespać, Geri. Możecie się poczuć inaczej po tym, jak będziecie mieli trochę czasu na przemyślenie tego.
– Nie tym razem – powiedziała Geri Lynn. Sięgnęła po swoją torbę i wyciągnęła kalendarz. Ten kalendarz. Ten, który mi pokazała, ten, z tymi wszystkimi serduszkami wewnątrz. Otworzyła go i, wyjmując długopis, postawiła wielkie czarne X przy dzisiejszej dacie. Nie mogłam nie zauważyć, że liczba serduszek na miesięcznych Od-Razu stronach zmniejszyły się dość drastycznie przez ostatnie sześć czy siedem tygodni. Jak, do zera. Albo Geri odpuściła sobie notowanie ich najbardziej prywatnych chwil, albo ona i Scott nie mieli żadnych przez dość długi czas…
Jej następne oświadczenie wyjaśniło tajemnicę.
– Nie – powiedziała Geri – to nadchodziło już od dłuższego czasu, Jenny. Czułam, że i ja i Scott oddalamy się od siebie od jakiegoś czasu. Nie mamy po prostu takich samych zainteresowań… takich samych celów. Uwierzysz, że nie chciał nawet pójść na Wiosenną Potańcówkę? Chciał pójść na jakąś imprezę urządzaną przez Kwanga przeciwko Wiosennej Potańcówce…
Wiedziałam wszystko na temat imprezy Kwanga przeciwko Wiosennej Potańcówce. Sama planowałam na nią pójść.
– Więc po prostu zamierzasz go zaprosić? – zapytała Trina. Spodziewajcie się po Trinie, że kompletnie zignoruje fakt, że serce Geri – nie wspominając o sercu Scotta – może być złamane. Chciała tylko wiedzieć, jakie były plany Geri co do Luke’a Strikera. – To znaczy, Luke’a? Po prostu zamierzasz przemaszerować do niego i zaprosić go na Wiosenną Potańcówkę?
– Lepiej w to uwierz – powiedział Geri, odrzucając ramiona do tyłu. – Zejdź mi z drogi.
– Czekaj chwilę! – powiedziała Trina. – Zaproszenie Luke’a Strikera na Wiosenną Potańcówkę było moim pomysłem. Pierwsza o tym pomyślałam!
– Ale już masz partnera, prawda? – przypomniała jej słodko Geri.
– Nie na długo – zadeklarowała Trina i rzuciła się w stronę drzwi łazienki.
– CZEKAJ! – Geri omal nie złamała szyi rzucając się na Trinę.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To znaczy, tutaj stały dwie osoby, o których praktycznie zawsze myślałam jako o dojrzałych młodych kobietach – dwie osoby, których bystry intelekt i niezależność zawsze budziły moją zazdrość i szacunek – i praktycznie skakały sobie do gardeł. Z powodu CHŁOPAKA, ze wszystkich rzeczy!
– Wy! – wrzasnęłam, biegnąc za nimi przez przedsionek Chi-Chi, i potem na plac parkingowy. – Pamiętajcie, obiecałyście nie… - ale nigdy nie udało mi się przypomnieć Trinie i Geri, żeby nie mówiły nikomu o tożsamości Luke’a. Ponieważ zanim je dogoniłam, stały na zewnętrznych krawędziach tego ogromnego tłumu, który zebrał się wokół Luke’a i sedana, którego mył.
Tylko, że teraz Luke stał na dachu samochodu, krzycząc gorączkowo do komórki, kiedy próbował bronić się przed zachłannymi rękami około siedemdziesięciu pięciu Trubadurek, kelnerek Chi-Chi, przypadkowych gospodyń domowych, które były w drodze do centrum handlowego, i nawet kilku facetów z przygodnych ciężarówek, którzy wszyscy krzyczeli: „Luke! Luke! LUKE!”
– O mój Boże! – wrzasnęłam do Triny i Geri patrząc na Luke’a starającego się uniknąć błądzących ślepo wokół niego dłoni. – Co wyście narobiły?
– To nie my – powiedziała Geri, wzruszając ramionami. – Wyszłyśmy i już tu wszyscy byli.
– Chyba nie jestem jedyną osobą w Clayton, która wie o tatuażu Luke’a Strikera z Angelique – powiedziała ponuro Trina.
Geri tupnęła nogą.
– Jak mam go teraz zaprosić na Wiosenną Potańcówkę? Nie mogę się dostać nigdzie blisko niego!
Tak jakby to był najgorszy ze wszystkich problemów! Biedny Luke był już prawie rozerwany na strzępy, i wszystkie jego zatwardziałe fanki martwiły się tylko o to, jak zaproszą go na Wiosenną Potańcówkę?
Spojrzałam na Luke’a. Nie sprawiał wrażenie przerażonego, ani nic – chociaż ja bym była, gdybym była na jego miejscu. Wyłączył komórkę i próbował mówić rozsądnie do hord wrzeszczących kobiet wokół niego.
– Słuchajcie – mówił. – Wszystkie możecie dostać autografy. Naprawdę. Tylko pojedynczo, dobra?
Nikt go nie słuchał. Dziewczyny wtykały mu długopisy i menu z Chi-Chi ze wszystkich stron. Sopranistki były najgorsze. Karen Sue Walters chciała, żeby Luke podpisał się na jej klatce piersiowej, pewnie dlatego, bo nie mogła znaleźć żadnego papieru.
Ale alcistki wcale nie zachowywały się lepiej. Widziałam nawet Znudzoną Liz – tylko że nie wyglądała już na taką znudzoną – wspinającą się po masce samochodu i zarzucającą ramiona wokół nóg Luke’a. Omal nie stracił równowagi i nie upadł, ale Liz nie wydawało się to obchodzić. Szlochała w jego nogawkę, wołając: „Luke! Och, Luke! Kocham cię!”.
To było naprawdę żałosne. Muszę przyznać, byłam totalnie zażenowana swoją płcią.
Ale dziewczyny nie były jedyne. Nawet niektórzy faceci zachowywali się jak kompletni idioci. Słyszałam, jak jeden facet w czapce baseballowej Johna Deere mówi do swojego kumpla:
– Zamierzam wziąć jego autograf i sprzedać w Ebay’u!
A pan Hall? Pan Hall, nauczyciel, który powinien był wiedzieć lepiej? Był najgorszy ze wszystkich! Wrzeszczał do Luke’a:
– Panie Striker, panie Striker, czy będzie w porządku, jeśli dam panu scenariusz, nad którym pracuję? To dramat o młodym mężczyźnie osiągającym pełnoletniość podczas pracy w chórze w ważnym brodwayowskim musicalu. Myślę, że byłby pan świetny do tej roli!
Tylko kilkoro ludzi na parkingu zwlekało, z tego, co widziałam. Jednym z nich był Scott. Pochylał się nad swoim samochodem po prostu patrząc, słup rozsądku na morzu totalnych psycholi.
Podbiegłam w jego stronę. Kompletnie zapomniałam o tej sprawie z Geri Lynn. Mogłam myśleć tylko o tym, że ktoś czegoś nie zrobił, i niedługo Luke zostanie rozerwany na dwie części, zupełnie jak Mel Gibson w Braveheart: Waleczne serce, tylko że przez fanów, a nie Brytyjczyków.
– Myślisz, że powinniśmy wezwać policję? – spytałam Scotta z niepokojem. – To znaczy, nie chcę wzywać glin na moich przyjaciół, ale…
Ale jedyną alternatywą, którą widziałam, było spróbowanie pomóc Luke’owi samej – tylko że nie wiedziałam, jak bym mogła to zrobić. To znaczy, tłum wokół samochodu, na którym stał, miał głębokość około dziesięciorga osób. Nie ma mowy, żebym mogła się do niego dostać…
– Nie martw się – powiedział Scott. – To już załatwione.
Zamrugałam.
– Już… zadzwoniłeś po policję?
Uniósł swoją komórkę. Nawet kiedy do mnie mrugał, z odległości mogłam usłyszeć wycie policyjnych syren.
– Och, dziękuję ci – powiedziałam, czując ogromną falę ulgi.
– Więc rozumiem, że tak naprawdę on wcale nie zapisał się do szkoły – powiedział Scott, wkładając swój telefon z powrotem do kieszeni.
– Co? – patrzyłam, jak kelnerka Chi-Chi rzucała się po autograf, który Luke właśnie jej dał. – Och, nie. Robi to tylko dlatego, bo szuka materiałów do roli.
– Czy Lewis i ci faceci wiedzieli?
– Taak. To był ich pomysł.
Scott pokręcił głową.
– Pewnie odmówią komentarzy. Szkoda. Mimo wszystko, to byłaby świetna historia.
Fakt, że Scott potrafił myśleć tylko o Dzienniku w takiej chwili zmusił mnie do stwierdzenia, że nie martwił się zbytnio o Luke’a.
Ani nie był zdenerwowany całą sprawą z Geri.
– Scott, ja…
Przykro mi z powodu ciebie i Geri Lynn. To właśnie zamierzałam powiedzieć.
Tylko że właśnie wtedy trzy różne rzeczy się wydarzyły. Pierwszą było to, że oddział policji okręgu Duane wjechał na parking z ryczącymi syrenami. Drugą było to, że długa czarna limuzyna – ta sama która, jak sądzę, zabierała Luke’a ze szkoły każdego dnia – pojawiła się zza restauracji, tak jakby cały czas tam była.
A trzecią było to, że Geri Lynn podbiegła do nas, jej oczy błyszczały.
– Uwierzycie w to? – chciała wiedzieć. – Chyba się zabiję, nikt nie ma kamery. Coś wreszcie się dzieje na tej wsi, a my nawet nie możemy tego nagrać!
– Słuchaj, gdybym napisała Luke’owi list, podałabyś mu? – zapytała mnie Trina. – To znaczy, wy dwoje musicie być dość blisko siebie, skoro dopuścił cię do swojego sekretu i w ogóle.
– Trina – powiedziałam, kręcąc głową. Limuzyna zaczynała się wycofywać. To też dobrze, ponieważ pewna liczba dziewczyn pędziła w jej stronę i kładła się na przyciemnianych szybach, próbując spojrzeć po raz ostatni na swojego bohatera. – Ledwie go znam. To znaczy, był tutaj tylko po to, żeby obserwować…
I w tym momencie dach limuzyny otworzył się, i pojawiły się głowa i ramiona Luke’a. Dziewczyny wokół limuzyny wrzeszczały i skakały do niego, tak jakby chciały wyrwać mu włosy z głowy. Co, no wiecie, jest zawsze dobrym sposobem do przypochlebienia się facetowi. Nic z tego.
Myślałam, że Luke zamierzał rzucić parę pożegnalnych strzał mieszkańcom Clayton, Indiany. Myślałam, że wrzaśnie: „Do zobaczenia, frajerzy!” albo „Dzięki za nic, tępacy!”.
Ale nie zrobił tego. Zamiast tego, rozejrzał się po parkingu, tak jakby czegoś zapomniał. Potem mnie zobaczył i wrzasnął:
– Jenny!
Wszystkie głowy odwróciły się w moją stronę.
– Jenny! – wrzasnął znowu Luke. Tym razem uzupełnił okrzyk gestem ręki. – NO CHODŹ!
Poczułam, że robię się tak czerwona, jak znak Chi-Chi.
Luke chciał, żebym wsiadła z nim do limuzyny. Luke Striker chciał, żebym pojechała z nim w stronę zachodzącego słońca – no, może nie do końca, biorąc pod uwagę, że było dopiero w pół do drugiej po południu – z nim. W jego limuzynie.
– O mój Boże – usłyszałam Trinę sapiącą obok mnie. – Jasne. Ledwie cię zna. To dlatego wywrzaskuje twoje imię. Ciebie, Jenny. On chce ciebie.
Pokręciłam głową.
– Nie – powiedziałam. – Nie, to nie jest tak…
Bo tak nie było. Jego słowa, jego oskarżycielski ton, jego płonące niebieskie oczy tego dnia przed łazienką dla dziewczyn zakorzeniły się w oczach mojej wyobraźni. Nie, w ogóle tak nie było.
– Jenny! – Luke zaczynał brzmieć jak oszalały.
– Chce ciebie – powiedziała znowu Trina. – Dlaczego nie idziesz?
Ale jak mogłam pójść? Jak mogłam pójść, z tymi wszystkimi dziewczynami tłoczącymi się wokół jego limuzyny, strzelającymi we mnie zazdrosnymi spojrzeniami? I policyjnymi samochodami pędzącymi po Clayton Mall Road (policjant wyraźnie zadzwonił po posiłki)?
– Na litość boską – powiedziała Trina. – IDŹ!
Potem popchnęła mnie, mocno, w plecy. Prawdopodobnie upadłabym, gdybym nie miły policjant, który wziął mnie za ramię, postawił mnie na nogi i zapytał:
– Czy ty jesteś Jenny?
Szybko pokiwałam głową, i następne, co wiem, to że policjant, wciąż trzymając moje ramię, przeprowadził mnie przez piszczący tłum wokół limuzyny Luke’a, potem szarpnięciem otworzył drzwi do tylnego siedzenia i wepchnął mnie do środka…
I zatrzasnął za mną drzwi.
Luke ześlizgnął się w dół spod szyberdachu i nacisnął przycisk, żeby go zamknąć.
– Jedź! – wrzasnął do szofera. – Jedź, jedź, jedź!
I pojechaliśmy.
* * *
Od Oli:
To tylko fragmenty książki, które znalazłam w Internecie, ale już zapowiada się nieźle ;)
Powieść prawdopodobnie zostanie zekranizowana. Prawa do nakręcenia powieści, zarówno Teen Idola jak i innej książki Meg Cabot, Every Boy’s Got One, wydanej w Polsce pod tytułem Włoskie szaleństwo, kupiła scenarzystka i producentka Joan Singleton. (według Hollywood Reporter z 19 sierpnia 2004; więcej tutaj: http://megcabotbookclub.com/messageboard/viewtopic.php?t=5283
Teen Idol nie będzie miał kolejnych tomów na temat Jen, ale o miasteczku Clayton jeszcze usłyszymy. Meg prawdopodobnie napisała już książkę How To Be Popular (w dosłownym tłumaczeniu: Jak Być Popularną); termin miała w każdym razie do 1 lipca według tego, czego się dowiedziałam :) Akcja książki rozgrywa się w tej samej szkole, co Teen Idol, którą jednak Jen ją ukończyła, ale teraz uczy się w niej jej brat :) Jak na razie ustalono w USA termin wydania How To Be Popular na wrzesień 2006 – tak więc sobie jeszcze poczekamy :(
źródła fragmentów książki:
http://www.megcabot.co.uk/bookexcerpt3.asp#teenidol
http://www.megcabot.com/blog/2004_05_01_cabot-archive.html
http://www.megcabot.com/idol-excerpt.html
http://www.bookdivas.com/excerpts/teen_idol.html
*wszelkie prawa zastrzeżone :)
*reklamacji co do dokładności przekładu nie przyjmuję :P
*czytaliście na własną odpowiedzialność
*radzę przeczytać oryginalną wersję z linków, które wyżej podałam, zamiast bazować na tym amatorskim tłumaczeniu powyżej ;)
*pozdrawiam wszystkich