Fragment


Fragment został przesłany z Wydawnictwa Amber

 

Dla Laury Langlie, świetnej agentki i jeszcze lepszej przyjaciółki

Podziękowania

Dziękuję serdecznie Beth Adler, Jennifer Brown, Michele Jaffe, Laurze Langlie, Abigail McAden i, przede wszystkim, Benjaminowi Egnatzowi.

Proszę nigdy nie wątpić w to, że małej grupie zaangażowanych osób uda się zmienić świat – przecież tylko w taki sposób świat się w ogóle zmienia. – Margaret Mead, antropolog

Kiedy już zrobisz z siebie idiotkę kilkaset razy, dowiesz się, co działa. – Gwen Stefani

 

No dobra, dziesięć głównych powodów, dla których beznadziejnie jest być mną, Samanthą Madison:

10.       Mimo że w zeszłym roku uratowałam życie prezydentowi Stanów Zjednoczonych, dostałam medal za odwagę i nakręcono o mnie film, nadal jestem jedną z najmniej lubianych osób w całej mojej szkole, która podobno stanowi postępową i wysoce poważaną instytucję edukacyjną, ale mnie się wydaje zapełniona wyłącznie (pomijając mnie i moją najlepszą przyjaciółkę Catherine) noszącymi ciuchy od Abercrombie and Fitch, wykazującymi zero tolerancji dla kogokolwiek, kto mógłby mieć choć nieco odmienne zdanie (czy raczej, w gruncie rzeczy, jakiekolwiek własne zdanie), radośnie wyśpiewującymi szkolny hymn, oglądającymi wszelkie reality show w telewizji neofaszystami.

9.         Moja starsza siostra – ta, której podobno dostało się całe dobre DNA, na przykład geny odpowiedzialne za rudoblond jedwabiste włosy, w przeciwieństwie do włosów w kolorze miedzi i o fakturze druciaka do szorowania garnków – jest najpopularniejszą dziewczyną w liceum imienia Adamsa (i często, w sumie, przewodzi tym radosnym śpiewakom od szkolnego hymnu), w efekcie czego jestem niemal codziennie pytana przez uczniów, nauczycieli, a nawet przez własnych rodziców, którzy obserwują jak się snuje po obrzeżach społecznych kręgów, samotna i przygnębiona pośród tego morza nieustannego animuszu: „Czemu nie jesteś bardziej podobna do swojej siostry, Lucy?”

8.         Chociaż zostałam mianowana nastoletnią ambasadorką przy ONZ, wskutek rzekomej dzielności, z jaką ocaliłam życie prezydenta, rzadko udaje mi się zwolnić ze szkoły, żeby zająć się swoimi obowiązkami. Przypadkowo tak się również składa, że mi za nie wcale nie płacą.

7.         Ze względu na to zmuszona byłam podjąć jakieś rzeczywiście płatne zajęcie poza tą ewidentnie charytatywną pracą nastoletniej ambasadorki, żeby mieć z czego regulować mój wiecznie rosnący rachunek w Sulivan’s Art Supplies, gdzie muszę sama sobie kupować bloki rysunkowe Strathmore i ołówki, bo rodzice uznali, że trzeba mnie nauczyć wartości dolara i wpoić mi „szacunek dla pracy”.

            I w przeciwieństwie do mojej siostry Lucy, której również kazano iść do pracy, żeby utrzymała się w formie – modnej, nie artystycznej – nie udało mi się znaleźć ciepłej posadki w centrum handlowym, w butiku z bielizną, który dawałby mi trzydzieści procent zniżki i płacił dziesięć dolców za godzinę za siedzenie za kontuarem i czytanie kolorowej prasy, póki jakaś klientka nie raczy mi zadać pytania na temat majteczek z rozcięciem w kroku.

Nie, zamiast tego dostaje mi się beznadziejna, płatna według prawie minimalnej stawki praca w Potomac Video, gdzie przewijam obrzydliwe filmy z Brittany Murphy, a potem odkładam je z powrotem na półki, żeby jeszcze więcej osób mogło je wypożyczyć i dać się wciągnąć w ten chory, psychopatyczny, pokrzywiony świat Brittany Murphy: „Patrzcie, ile schudłam odkąd grałam w Clueless i Ashton zerwał ze mną dla tej zasuszonej Demi, a ja stałam się większą gwiazdą niż on”.

I dobrze, przynajmniej mogę się kolegować z takimi czadowymi, wywalonymi ze szkoły średniej osobami, jak moja przyjaciółka i wielbicielka piercingu, Dauntra.

Ale mimo wszystko.

6.         Pomiędzy szkołą, lekcjami rysunku, moimi obowiązkami nastoletniej ambasadorki oraz pracą, zostaje mi tylko jeden wieczór w tygodniu na spotkania z moim chłopakiem w kontekście choć w przybliżeniu przypominającym towarzyski.

5.         Ponieważ mój chłopak jest tak samo zajęty jak ja, a poza tym wypełnia zgłoszenia na uniwersytety na przyszły rok, a na dodatek jest synem prezydenta, wymaga się od niego, żeby często uczestniczył w uroczystościach państwowych w ten jedyny wieczór w tygodniu, kiedy mogę się z nim umówić. Albo muszę razem z nim brać udział w nudnych uroczystościach państwowych, co nie zostawia zbyt wiele miejsca na romantyczne chwile, albo w każdy sobotni wieczór siedzę w domu i oglądam National Geographic Explorer z moją dwunastoletnią siostrą Rebecką.

4.         Jestem jedyną prawie siedemnastoletnią dziewczyną na tej planecie, która obejrzała wszystkie odcinki National Geographic Explorer. I pomimo, że moja matka jest prawnikiem specjalizującym się w kwestiach ochrony środowiska, naprawdę wcale mnie tak bardzo nie obchodzi fakt, że polarne czapy lodowe topnieją. I o wiele bardziej wolałabym się całować z moim chłopakiem.

3.         Niezależnie od tego, że kiedyś uratowałam życie prezydenta Stanów Zjednoczonych, nadal nie spotkałam jeszcze swojej idolki, Gwen Stefani (Chociaż przysłała mi dżinsową kurtkę ze swojej linii ubraniowej, L.A.M.B., kiedy usłyszała, że uważam się za jej fankę numer jeden. Ale pierwszego dnia, kiedy założyłam te kurtkę do szkoły, liceum imienia Adamsa, oberwało mi się sporo zjadliwych komentarzy od kolegów, w rodzaju: „Teraz punkujemy, tak?” albo „Którędy do młyna pogo?”, co pokazuje, że śmiałe interpretacje nakazów mody nie są mile widziane w mojej grupie rówieśniczej).

2.         Wszyscy, którzy mnie znają chociaż trochę, wiedzą to wszystko, a jednak nadal z uporem zachwycają się, jakie to ja mam cudowne życie, i że powinnam być wdzięczna za wszystkie te wspaniałe rzeczy, które mam, na przykład chłopaka, którego prawie nie widuję i rodziców, którzy wysłali mnie do tej fantastycznej szkoły, gdzie wszyscy mnie nienawidzą do szpiku kości. Aha, i za moje bliskie, osobiste związki z prezydentem, który czasami nie może sobie przypomnieć, jak mam na imię, i to mimo że złamałam sobie rękę w dwóch miejscach ratując mu życie.

A najważniejszy powód, dla którego beznadziejnie jest być mną, Samanthą Madison to ten, że:

1.         Jeśli sama nie dokonam jakiejś drastycznej zmiany, słabe są szanse, żeby cokolwiek miało się w najbliższej przyszłości polepszyć.

«        1          «

Być może to tłumaczy, dlaczego wreszcie zebrałam się na odwagę, żeby to zrobić.

To znaczy, coś zmienić. A to nie byle jaka zmiana. Na lepsze.

Co to kogo obchodzi, że moja siostra Lucy niekoniecznie się z tym zgadza?

W sumie nie powiedziała, że jej się nie podoba. Nie żebym się przejęła, gdyby tak powiedziała. Nie zrobiłam tego dla niej. Zrobiłam to dla siebie.

I tak jej właśnie odpowiedziałam. To znaczy, Lucy. Kiedy już powiedziała na ten temat to, co miała do powiedzenia, to znaczy:

– Mama cię zabije.

– Nie zrobiłam tego dla mamy – odparłam. – Zrobiłam to dla siebie. Dla nikogo innego.

Nawet nie wiem, co ona robiła w domu. To znaczy, Lucy. Czy nie powinna być na treningu cheerleaderek? Albo na meczu? Albo na zakupach ze swoimi przyjaciółkami, bo Lucy tak spędza większość swojego wolnego czasu, kiedy akurat nie pracuje w centrum handlowym – co praktycznie wychodzi na to samo, bo wszystkie jej przyjaciółki kręcą się koło Bare Essentials (tego butiku z bielizną, w którym płacą jej za nicnierobienie), kiedy ona tam i tak jest, i pomagają jej piszczeć nad ostatnią porcją plotek na temat J-Lo w US Weekly i składać stringi?

– Tak, ale ty nie musisz na siebie patrzeć – odparła Lucy zza swojego biurka. Widziałam, że gada przez Instant Messengera ze swoim chłopakiem, Jackiem. Lucy musi do niego pisać na IM co rano przed szkołą, a potem znów przed pójściem spać, i czasami nawet, jak teraz, pomiędzy, bo inaczej robi mu się przykro. Jack wyjechał na studia artystyczne w Rhode Island School of Design i robi się, odkąd jest daleko, coraz bardziej niepewny uczuć Lucy. Musi go niemal bez przerwy zapewniać, że nadal jej na nim zależy, i że nie obściskuje się z jakimś palantem, którego poznała właśnie w Sunglass Hut, czy gdzieś.

Co jest trochę zaskakujące, bo zanim wyjechał na studia, Jack nigdy nie uderzał mnie jako typ jakoś szczególnie pozbawiony wiary w siebie. Widocznie studia zmieniają ludzi.

Ta myśl mnie raczej nie podnosi na duchu, skoro mój chłopak, który jest w wieku Lucy, będzie szedł na studia w przyszłym roku. Ale Jack przynajmniej przyjeżdża co weekend zobaczyć się z Lucy, co jest bardzo miłe, zamiast włóczyć się gdzieś z kumplami z uczelni. Mam nadzieję, że David też będzie tak robił.

Chociaż zaczynam się zastanawiać, czy Jack ich w ogóle ma. To znaczy kumpli z uczelni.

– Przecież ciągle widzę się w lustrze. – Tak właśnie odpowiedziałam na uwagę Lucy o tym, że nie muszę patrzeć na siebie. – A poza tym, nikt cię nie pytał o zdanie.

I ruszyłam korytarzem na dół, bo tam właśnie zmierzałam, kiedy Lucy mnie zatrzymała, kiedy przyuważyła, że usiłuję się przemknąć niepostrzeżenie koło otwartych drzwi jej pokoju.

– Świetnie! – zawołała za mną Lucy, kiedy usiłowałam zniknąć jej z oczu. – Ale tak dla twojej wiadomości, wcale nie wyglądasz jak ona.

Oczywiście musiałam zawrócić do drzwi jej pokoju i odezwać się:

– Jak kto?

Bo naprawdę nie miałam pojęcia, o kim ona mówi. Chociaż pewnie można by uznać, że do tej pory powinnam już być mądrzejsza i nie pytać. No bo, przecież rozmawiałam z Lucy.

– No wiesz – powiedziała popijając łyk swojej Coli Light. – Jak ta twoja gwiazda. Jak jej tam? Gwen Stefani. Ona ma jasne włosy, prawda? Nie czarne.

O mój Boże. W głowie mi się nie mieściło, że Lucy usiłuje mi mówić – mnie, największej fance Gwen Stefani – jakiego koloru są jej włosy.

– Jestem tego świadoma – odparłam i ruszyłam do schodów.

Ale po następnej uwadze Lucy znów zawróciłam pod jej drzwi.

– Ale wglądasz jak ta inna laska. Jak jej tam?

– Karen O? – podsunęłam z nadzieją. Nawet mnie nie pytajcie, dlaczego uznałam, że Lucy mogłaby powiedzieć coś miłego, na przykład, że wyglądam jak wokalistka Yeah Yeah Yeahs. Chyba nawdychałam się za dużo wodorotlenku amonu z tej farby do włosów, czy coś.

– Nie-e – powiedziała Lucy. A potem strzeliła palcami. – Mam. Ashlee Simpson.

Wciągnęłam powietrze przez zęby. Mogą się człowiekowi przytrafić o wiele gorsze rzeczy niż wyglądać jak Ashlee Simpson – która, w gruncie rzeczy, wygląda fajnie – ale sam pomysł, że ludzie mogliby pomyśleć, że ja usiłuję naśladować jej wygląd był do tego stopnia odpychający, że czułam, jak te Doritos, których napchałam się po szkole, podjeżdżają mi do gardła. W tej akurat chwili nie mogłam sobie wyobrazić niczego gorszego. W sumie, w tej akurat chwili Lucy miała szczęście, że w pobliżu nie było żadnych ostrych przedmiotów, bo przysięgam, chyba bym ją zadźgała.

Wcale nie wyglądam jak Ashlee Simpson – udało mi się wychrypieć.

Lucy tylko wzruszyła ramionami i znów się skupiła na ekranie komputera, jak zwykle nie wykazując najmniejszego wstydu za swoje postępki.

– A co mnie to – powiedziała. – Jestem pewna, że tata Davida będzie zachwycony. Czy nie macie czasem w przyszłym tygodniu wystąpić w VH1 czy gdzieś, żeby promować ten jego głupi program „Powrót do Rodziny”?

– W MTV – powiedziałam, ale poczułam się jeszcze gorzej, bo właśnie sobie przypomniałam, że nawet nie zajrzałam do materiałów, które pan Green, sekretarz prasowy Białego Domu dał mi, żeby mnie przygotować na tę szczególną okazję. No bo, dajcie spokój. Przy tym, co mi zadają do domu, lekcjach rysunku i pracy, ile czasu mi zostaje na zajęcia nastoletniej ambasadorki? Mniej więcej zero.

A poza tym, dziewczyna musi umieć wybierać, co jest ważniejsze. A dla mnie ważniejsze było ufarbowanie włosów.

Najwyraźniej po to, żebym mogła wyglądać jak Ashlee Simpson.

– A ty wiesz doskonale, że to ma być MTV – rzuciłam ostro do Lucy, bo nadal mi doskwierała jej uwaga o tej całej Ashlee. I poza tym dlatego, że byłam na siebie wściekła, że jeszcze nie zaczęłam przeglądać tych tekstów, które powinnam wygłosić. Ale lepiej dokopać Lucy niż samej sobie. – I że to jest posiedzenie rady urzędu miasta, i że będzie na nim prezydent. W liceum imienia Adamsa. Jakbyś nie planowała wybrać się tam, bo to świetna okazja, żeby pokazać te nowe różowe spodnie, które sobie kupiłaś w Betsey Johnson.

Lucy zrobiła absolutnie niewinną minę.

– W ogóle nie wiem, o czym mówisz.

– Ty jesteś niesamowita! – Nie mogłam pojąc jak ona może tak tam siedzieć i udawać, że nie wie, o co chodzi. Jakby ktokolwiek w szkole mógł mówić o czymś innym. To znaczy, nie o tym, że MTV ma przyjechać do liceum imienia Adamsa. W sumie wszyscy mieli też gdzieś, że prezydent do nas przyjeżdża. To tym nowym, seksownym prezenterem, Randomem Alvarezem (Poważnie. On się tak nazywa. Random Alvarez.), który miał prowadzić ten cały głupi program, Lucy i jej przyjaciółki tak się podniecały.

I wcale nie tylko Lucy i jej przyjaciółki. Kris Parks (która ma do mnie spory osobisty uraz, chociaż usiłuje to ukrywać, bo jestem narodową bohaterką i tak dalej. Ale ja i tak widzę, jak ten uraz buzuje pod samą powierzchnią tych jej: „Cześć, Sam, jak się masz?’) spanikowała ostatnio, że w jej papierach jest za mało informacji o zajęciach pozalekcyjnych (biorąc pod uwagę, że jest tylko kapitanem młodszej drużyny cheerleaderek, ma odznaczenie National Merit Scholar i jest przewodniczącą samorządu naszego rocznika), więc założyła ten nowy klub, Właściwa Droga, który ma rzekomo prowadzić szeroką akcję nawołującą nastolatków, żeby upomnieli się o swoje prawo do tego, żeby mówić nie narkotykom, alkoholowi i seksowi.

Chociaż prawdę mówiąc, w sumie nie bardzo widzę, żeby ktokolwiek im to prawo kiedykolwiek odbierał. No bo, o ile wiem, nikt się przecież nigdy nie wścieka na ludzi, którzy mówią: „Nie, dziękuję za piwo”, czy cokolwiek. Chyba że może chłopak jakiejś dziewczyny, kiedy ona, no wiecie. Nie chce z nim Tego Robić.

Zauważyłam jednak, że ile razy roznosi się, że jakaś dziewczyna – no wiecie, poszła na całość ze swoim chłopakiem – to dziewczyny z Właściwej, z Kris Parks na czele, są zawsze pierwsze w kolejce, żeby ją nazwać dziwką, zazwyczaj prosto w twarz.

W każdym razie, ze względu na Właściwą Drogę, Kris jest jedną z uczennic, które wybrano do panelu dyskusyjnego na to posiedzenie rady urzędu miasta, które ma się odbyć w liceum imienia Adamsa. Od czasu, kiedy się o tym dowiedziała, mówi wyłącznie o tym, że to jej wielka szansa, żeby wywrzeć wrażenie na wszystkich uczelniach należących do Ligi Bluszczowej, które zaczną do niej walić drzwiami i oknami, błagając, żeby poszła do nich na studia. I o tym, że będzie miała szanse poznać Randoma Alvareza, i jak to da mu swój numer telefonu komórkowego, i jak potem zaczną się z sobą umawiać.

Jakby Random w ogóle miał spojrzeć na Kris, skoro słyszałam, że on chodzi z Paris Hilton. Chociaż „chodzi”, to może nie jest najwłaściwsze słowo na to, co ze sobą robią. Ale nieważne.

– W każdym razie – powiedziałam do Lucy – dla twojej informacji, tak się składa, że właśnie dlatego to zrobiłam. To znaczy, ufarbowałam włosy. Potrzebny był mi nowy wizerunek na to posiedzenie rady. Coś mniej w stylu… „dziewczyny, która uratowała życie prezydentowi”.

– No cóż, to ci się z pewnością udało. – Tylko tyle powiedziała Lucy. A potem dodała jeszcze: – Ale mama i tak cię zabije. – A potem wróciła do gadania z Jackiem przez IM, bo w czasie kiedy znów wróciłam do jej pokoju zdążył jej wysłać dwie wiadomości, które zignorowała. Słychać było, że nie jest za szczęśliwy, że nie zwraca na niego uwagi. Jakby myślał sobie, że może od minuty zwraca uwagę na swojego drugiego chłopaka (tego wyobrażonego, z Sunglass Hut), zamiast na niego.

A przynajmniej tak to brzmiało z tego gniewnego pingania.

Powiedziałam sobie, że nie obchodzi mnie, co sobie myśli Lucy. Co ona w ogóle wie o modzie? Och, jasne, co miesiąc czyta Vogue’a od deski do deski.

Ale ja nie staram się dążyć do takiego wyglądu jaki można znaleźć w Vogue’u. W przeciwieństwie do Lucy, nie jestem konformistką w kwestiach mody. Próbuję wyrobić sobie osobisty styl, a nie taki, jaki dyktuje mi jakieś pismo.

Albo Ashlee Simpson.

Jednak muszę przyznać, że kiedy zeszłam na dół, żeby wziąć kurtkę i jechać do miasta, oczekiwałam przyjemniejszej reakcji na mój nowy wizerunek niż ta, która mnie spotkała ze strony Theresy, naszej gosposi.

Santa Maria, a coś ty zrobiła z głową?! – wykrzyknęła.

Podniosłam dłoń do włosów nieco obronnym gestem.

– Nie podoba ci się?

Theresa tylko pokręciła głową i znów zawołała imię mamy Jezusa. Chociaż nie wiem, co ona miała jej na to poradzić.

Moja młodsza siostra Rebecca podniosła głowę znad odrabianych lekcji – ona chodzi do innej szkoły niż Lucy i ja. W sumie, ona chodzi do szkoły dla szczególnie uzdolnionych dzieci, Horizon, tej samej, do której chodzi mój chłopak, David, a tam nie ma cheerleaderek, ani apeli szkolnych, ani nawet stopni, i wszyscy muszą nosić szkolne mundurki, więc nikt nie wyśmiewa się z czyjegoś osobistego stylu. Szkoda, że nie mogę chodzić tam, zamiast do Adamsa. Tylko, że żeby się dostać do Horizon, trzeba być praktycznie geniuszem. A chociaż wykazuję inteligencję, jak lubi mówić moja pedagog szkolna, pani Flynn, „powyżej przeciętnej”, geniuszem nie jestem.

– Moim zdaniem wyglądasz dobrze. – Taki był werdykt Rebecki co do moich włosów.

– Naprawdę? – Miałam ochotę ją ucałować.

Dopóki nie dodała:

– Taa. Jak Joanna d’Arc. Chociaż tak naprawdę nikt nie wie, jak Joanna d’Arc wyglądała, bo istnieje tylko jedna znana jej podobizna, który została nagryzmolona na marginesie sadowych akt procesu, w którym skazano ją na śmierć za czary. Ale wyglądasz trochę jak ona. To znaczy, jak ten gryzmoł.

I chociaż to nieco lepiej niż usłyszeć, że jestem podobna do Ashlee Simpson, trudno powiedzieć, żeby człowieka podnosiło na duchu na duchu kiedy słyszy, że jest podobny do gryzmoła. Nawet, jeśli ten gryzmoł przedstawia Joannę d’Arc.

– Twoi rodzice mnie zabiją – powiedziała Theresa.

To było gorsze niż usłyszeć, że jestem podobna do gryzmoła.

– Jakoś sobie z tym poradzą – odparłam. Z większą nadzieją, niż naprawdę czułam.

– Czy to trwała farba? – spytała Theresa.

– Szampon koloryzujący – powiedziałam.

Santa Maria – znów powtórzyła Theresa. A potem, zauważając, że mam na sobie kurtkę, dodała natychmiast: – A ty dokąd się wybierasz?

– Na lekcję rysunku – odparłam.

– Myślałam, że w tym roku masz je w poniedziałki i w środy. Dzisiaj jest czwartek. – Theresy nie da się na nic nabrać. Wierzcie mi, próbowałam.

– Tak jest – powiedziałam. – Zazwyczaj. Ale to dodatkowe lekcje. Tylko dla dorosłych. – Susan Boone jest właścicielką szkoły rysunku, w której mój chłopak i ja pobieramy lekcje. Czasami tylko tam udaje mi się z nim zobaczyć, skoro oboje jesteśmy tak strasznie zajęci i chodzimy do różnych szkół, i tak dalej.

Ale wcale nie dlatego na nie chodzę. To znaczy, na lekcje rysunku. Chodzę, żeby do mistrzostwa opanować arkana sztuki, a nie żeby się obściskiwać z moim chłopakiem.

Chociaż zazwyczaj udaje nam się parę razy pocałować na klatce schodowej po zajęciach.

– Susan powiedziała, że jej zdaniem David i ja jesteśmy gotowi – powiedziałam.

– Gotowi na co? – chciała wiedzieć Theresa.

– Na bardziej zaawansowane zajęcia – powiedziałam. – Takie specjalne.

– Co to za specjalne zajęcia?

– Rysunek z natury – wyjaśniłam. Przywykłam już, że Theresa robi mi śledztwo trzeciego stopnia. Pracuje dla naszej rodziny od miliona lat i jest prawie naszą drugą mamą. No cóż, prawdę mówiąc jest niczym nasza pierwsza mama, bo prawie wcale teraz nie widujemy naszej prawdziwej mamy, która jest tak zajęta swoją karierą prawniczki specjalizującej się w kwestiach ochrony środowiska. Theresa ma kilkoro własnych dzieci, ale wszystkie są już dorosłe, a niektóre nawet mają własne dzieci, więc w sumie nic już jej nie zaskoczy.

Najwyraźniej, poza rysunkiem z natury, bo odezwała się bardzo podejrzliwie:

– A co to?

– No wiesz – zaczęłam z większą pewnością siebie niż w rzeczywistości czułam, bo sama nie byłam pewna, na czym to właściwie polega. – W przeciwieństwie do martwej natury, stosów owoców i tak dalej. Zamiast przedmiotów będziemy rysowali przyrodę ożywioną… To znaczy, ludzi.

Muszę przyznać, że byłam mocno podekscytowana perspektywą, że wreszcie zacznę rysować coś – cokolwiek – innego niż krowie rogi albo winogrona. Pewnie tylko jajogłowi ekscytują się takimi rzeczami, ale co mi tam, nieważne. No wiec – jestem jajogłowa. Ale z moimi nowymi włosami jestem przynajmniej jajogłową w stylu Goth.

Susan też robiła z tego wielkie halo. To znaczy, z tego, że pozwoliła Davidowi i mnie przychodzić na lekcje rysunku z natury. Być może będziemy tam najmłodsi, powiedziała, jako że to są lekcje dla dorosłych.

– Ale uważam, że jesteście oboje dość dojrzali, żeby sobie z tym poradzić – powiedziała Susan.

Mając niemal siedemnaście lat i tak dalej, mam zdecydowaną nadzieję, że jestem już dość dojrzała, żeby sobie z tym poradzić. No bo, ona sobie wyobrażała, że co ja tam zacznę robić? Pluć w ludzi z rurki?

– Nie wiedziałam, że będę musiała zawieźć cię do miasta. – Theresa miała rozzłoszczoną minę. – Muszę zabrać Rebeckę na jej lekcje karate…

– Qigongu – poprawiła ją Rebecca.

– Nieważne – powiedziała Theresa. – Szkoła rysunku jest w samym centrum, w zupełnie przeciwną stronę…

– Wyluzuj – powiedziałam. – Jadę metrem.

Theresę przymurowało.

– To niemożliwe. Pamiętasz, co się stało ostatnim razem.

Taa. Miło, że mi przypomniała. Ostatnim razem, kiedy usiłowałam jechać metrem, wpadłam w sam środek rodzinnego zjazdu – dosłownie, bo oni wszyscy mieli jasnożółte koszulki z napisem: „Uwaga, rodzina Johnsonów na wakacjach!” – a ci ludzie rozpoznali mnie i otoczyli ciasnym kręgiem, dopytując się, czy jestem tą dziewczyną, która uratowała życie prezydentowi i domagając się autografów na wszystkich swoich koszulkach. Wywołali takie zbiegowisko – rodzina Johnsonów należała do tych więcej rozbudowanych – że straż z metra musiała przyjść mi na pomoc i pozdejmować ich ze mnie, a potem mnie grzecznie poprosili, żebym już więcej metrem nie jeździła.

To znaczy, straż z metra. Nie rodzina Johnsonów.

– Taa – powiedziałam. – No cóż, ostatnim razem włosy miałam jeszcze rude i ludzie mogli mnie rozpoznać. A teraz – pokazałam na swoje nowe włosy – nie uda im się.

Theresa nadal miała niepewną minę.

– Ale rodzice…

– …chcą, żebym się nauczyła szacunku do pracy – powiedziałam. – A czy jest na to lepszy sposób, niż żebym korzystała z publicznego transportu z całą resztą plebejuszy?

Widziałam, że Rebecca była pod wrażeniem użytego przeze mnie słowa „plebejusze”, które wzięłam z podręcznika Lucy do egzaminu SAT. Nie żeby Lucy w ogóle poświęcała czas na uczenie się z niego. A przynajmniej jeśli na coś może wskazywać jej reakcja, kiedy nazwałam ją sukubem (słowo do egzaminu SAT oznaczające złego ducha, który przybiera postać kobiety i przywodzi mężczyzn do nieświadomego grzechu we śnie), bo wzięła to za komplement.

Nie było łatwo przekonać Theresę, ale wreszcie mi się udało. Kiedy do ludzi wreszcie dotrze, że jestem już prawie dorosłą osobą, która może sama zadbać o siebie? No bo, najwyraźniej jestem już dość dojrzała, żeby brać lekcje rysunku – nie wspominając o pracy zarobkowej – ale nie dość dorosła, żeby sama pojechać do miasta metrem?

Nieważne. W każdym innym stanie miałabym już do tej pory własny samochód. Takie już moje szczęście, że mieszkam w rejonie, gdzie regulacje dotyczące prowadzenia samochodów są niemal tak samo restrykcyjne jak prawa dotyczące posiadania broni.

W końcu Theresa pozwoliła mi pojechać… Ale czy miała jakiś inny wybór? Skoro tata pracuje dłużej niż zwykle w swoim biurze Banku Światowego, a mama jest całkowicie pochłonięta swoją ostatnią sprawą sądową, raczej nie wyglądało na to, żeby Theresa mogła wezwać ich na pomoc. I tak prawie im się już nie udaje wracać do domu na obiad – darowali sobie ten cały pomysł, żebyśmy jak rodzina znajdowali czas i wspólnie zasiadali do posiłków – a co dopiero mówić o nadzorowaniu tego, co robimy.

Nie żebyśmy potrzebowały nadzoru. Każda z nas jest bardzo pochłonięta własnymi zajęciami – dla mnie to codziennie po szkole lekcje rysunku, Potomac Video albo obowiązki nastoletniej ambasadorki, dla Lucy – drużyna cheerleaderek albo centrum handlowe, czy to zawodowo czy towarzysko, a dla Rebecki… no cóż, biorąc pod uwagę jej lekcje gry na klarnecie, spotkania klubu szachowego, qigong i cokolwiek ona tam jeszcze ma w tym swoim dziwacznym rozkładzie zajęć dziewczyny-geniusza, to cud, że w ogóle ją jeszcze czasem widujemy.

Z przyjemnością wyszłam z domu na chłodne, listopadowe powietrze. I cieszyłam się, że moje obowiązki nastoletniej ambasadorki zmusiły Biały Dom do kupienia mi telefonu komórkowego. To jedna z rzeczy, na które powinnam oszczędzać wypłaty z mojej dodatkowej pracy. Lucy musi sama płacić za swój telefon (no cóż, w każdym razie za wszystkie rozmowy poza tymi z mamą albo z tatą, kiedy pyta, czy może zostać dłużej na tej jakiejś imprezie, na której akurat w danej chwili jest).

Ja, z drugiej strony, telefon mam za darmo.

Chyba jednak rola narodowej bohaterki ma swoje plusy.

– Halo? – Ucieszyłam się słysząc, że odebrała moja przyjaciółka, Catherine, a nie jej rodzice albo młodsi bracia. Catherine nie ma własnej komórki, więc musiałam do niej zadzwonić na stacjonarny domowy telefon.

– To ja – powiedziałam. – Zrobiłam to.

– I jak wyszło? – zapytała Catherine.

– Moim zdaniem wygląda dobrze – powiedziałam. – Rebecca mówi, że wyglądam jak Joanna d’Arc.

– Była śliczna! – powiedziała Catherine, dodając mi ducha. – To znaczy, dopóki jej nie spalili. A co mówi Lucy?

– Że wyglądam jak Ashlee Simpson.

– Super ślicznie! – roztkliwiła się Catherine.

Widzicie, to jest właśnie problem z Catherine. To znaczy, ona jest moją najlepszą przyjaciółką i kocham ją z całej duszy. Ale czasami mówi takie rzeczy, że boję się o nią. Naprawdę. Bo co ją spotka, kiedy ruszy wreszcie w duży, prawdziwy świat? Ludzie ją zjedzą żywcem.

– Catherine – powiedziałam. – Ja nie chcę, żeby ludzie myśleli, że naśladuję wygląd Ashlee Simpson. To nie byłoby czadowe.

– Och – powiedziała Catherine. – Okay. Przepraszam. – Przez chwilę chyba się nad tym zastanawiała. A potem zapytała: – No cóż, a co jeszcze powiedziała Lucy?

– Że mama mnie zabije.

– Och – westchnęła Catherine. – Kiepska sprawa.

– Mam to gdzieś – powiedziałam, idąc szybko zasłaną opadłymi liśćmi ulicą. Mieszkamy w Cleveland Park, dzielnicy Waszyngtonu, skąd wcale nie jest tak daleko na Pennsylvania Avenue numer 1600, czyli do Białego Domu, gdzie mieszka mój chłopak. Prawie wszyscy, którzy chodzą do Adamsa mieszkają w mojej okolicy, albo na Chevy Chase, w następnej dzielnicy, gdzie mieszkał chłopak Lucy, Jack, zanim wyjechał na studia.

– To moja głowa – powiedziałam do telefonu. – Powinnam móc z nią robić, co mi się podoba.

– Władza w ręce ludu – zgodziła się Catherine. – Jedziesz teraz do szkoły rysunku?

– Tak – powiedziałam. – Metrem.

– Powodzenia – powiedziała Catherine. – Uważaj na wszystkie rodziny Johnsonów na wakacjach. I daj mi znać, co powiedział David. Na temat twoich włosów.

– Over, bez odbioru – powiedziałam do telefonu żartem, bo tak się zawsze żegnałyśmy rozmawiając przez walkie-talkie jako dzieci. Naprawdę, komórki są zupełnie jak walkie-talkie. Tylko drożej kosztują. Smutne jest to, że rodzice Catherine nie chcą jej kupić komórki, więc to trochę takie jednostronne doświadczenie. Rodzice Catherine są bardzo surowi i nie chcą jej nawet pozwalać rozmawiać przez telefon z chłopakami, a co dopiero umawiać się na randki, chyba że takie grupowe, co jej i jej chłopakowi mocno utrudniało życie… To znaczy, kiedy jeszcze Catherine miała chłopaka. Na nieszczęście Catherine, ojciec jej chłopaka, dyplomata, doczekał się przeniesienia na placówkę w Katarze, i teraz ona i Paul bawią się w ten związek na dużą odległość, jak Lucy i Jack…

Tyle, że Katar jest o wiele dalej niż Rhode Island, więc Paul nigdy nie może przyjeżdżać na weekendy.

Poza tym, że rodzice Catherine nie chcą jej kupić telefonu komórkowego, nigdy nie pozwalają jej jeździć metrem samej. W sumie moi też nie byliby tym pomysłem specjalnie zachwyceni, gdyby o nim wiedzieli. Nie dlatego, że się boją, że mogłabym się zgubić albo ktoś mógłby mnie porwać i sprzedać jako białą niewolnicę (co zdarza się o wiele częściej na Środkowym Zachodzie, w takich cantach handlowo-rozrywkowych jak „The Mall of America”, niż w naszym metrze… Wiem o tym, bo z Rebecką oglądałyśmy cały odcinek National Geographic Explorer na ten temat), ale ze względu na ten cały epizod z rodziną Johnsonów.

Niestety nie martwią się aż tak bardzo, żebym się mogła wykręcić od pracy w Potomac Video.

Ale od razu zobaczyłam, że dzięki nowemu kolorowi włosów tym razem będzie inaczej. Nikt w wagonie metra mnie nie rozpoznał. Nikt nawet nie wrócił do mnie spojrzeniem, jakby usiłując sobie przypomnieć, gdzie mnie już kiedyś widział. Udało mi się dotrzeć na sam róg R i Connecticut – dokładnie naprzeciwko Założycielskiego Kościoła Scjentologicznego – gdzie mieści się studio Susan Boone, a ani jedna osoba nie odezwała się: „Hej, czy ty nie jesteś czasem Samantha Madison?” albo: ”Hej, czy to nie o tobie film puszczali w kinach latem?”.

Byłam taka podekscytowana tym, że chociaż raz nikt mnie nie rozpoznał, że biegiem minęłam Static, sklep z płytami zaraz obok studio, nawet się nie zatrzymując, żeby sprawdzić, czy mają coś dobrego… Chociaż przystanęłam, żeby podziwnąć swoje odbicie w witrynie sklepu. Byłam cała nabuzowana faktem, że najwyraźniej wyglądam tak inaczej, że ludzie mnie nie rozpoznają.

Bo o ile o mnie chodzi, inaczej może tylko oznaczać lepiej.

Chociaż nie byłam całkiem pewna, czy David, który wpadł do studio parę minut później, zgodzi się ze mną. Spojrzał w moją stronę, a potem minął mnie, jakby szukał kogoś innego…

… a potem stanął jak wryty, kiedy zdał sobie sprawę, że dziewczyna siedząca okrakiem na ławeczce do rysowania tuż przed nim, to naprawdę ja.

Z jego miny nie umiałam powiedzieć czy moje włosy mu się podobają, czy nie. No bo uśmiechał się, ale to nic nie znaczy. David jest generalnie bardzo pogodnym facetem – nie takim humorzastym, jak Jack, chłopak Lucy, chociaż na swój własny sposób David to przecież równie utalentowany artysta co Jack, o ile nawet nie bardziej utalentowany. Nawet jeśli to tylko moje zdanie.

Moim zdaniem David jest też o wiele przystojniejszy niż Jack, z tymi swoimi zielonymi oczami – no, naprawdę. Są zielone. Wcale nie piwne, tylko czysto zielone, jak trawa na Wielkim Trawniku na wiosnę – i z tymi miękkimi, kręconymi, brązowymi włosami.

Nie żeby to był jakiś konkurs – czyj chłopak jest seksowniejszy, mój czy mojej siostry.

Ale prawdę mówiąc, mój jest totalnie seksowniejszy. Chociaż spotykamy się już ponad rok, nadal serce mi tak nagle i śmiesznie podskakuje ile razy go widzę… To znaczy, Davida. Rebecca mówi, że to się nazywa frisson.

Nie mam pojęcia, jak to się nazywa, ani co to wywołuje. Wiem tylko, że kocham Davida. Jest taki… cały tutaj. Kiedy wchodzi do pokoju, nie tylko wchodzi do niego… On go wypełnia, chyba dlatego że jest taki wysoki i taki potężnie zbudowany, i tak dalej. A kiedy mnie całuje, musi się mocno pochylać, żeby dosięgnąć do moich ust i bardzo często bierze moją twarz w dłonie, żeby ją przytrzymać…

To super seksowne.

Ale nie tak seksowne, jak czasem jego spojrzenie… Na przykład, jak teraz.

Moi rodzice, poza tym swoim „szacunkiem dla pracy”, uparli się też przy „stymulowaniu samowystarczalności” (co oznacza, że mamy teraz same robić swoje pranie, a nie zostawiać je Theresie), żebyśmy nauczyły się, jak funkcjonować jako normalne – czytaj: schludne – jednostki społeczne. Więc jedyną czystą rzeczą jaka znalazłam do założenia na tę lekcję (bo zapomniałam, że mam zrobić pranie), była ta czarna podkoszulka, którą przysłali mi z Nike, w nadziei że ją założę na następny występ w telewizji – na przykład na przyszłotygodniowym posiedzeniu rady urzędu miasta nadawanym w programie MTV.

I to zdecydowanie następna z zalet bycia narodową bohaterką… Dostajesz ubrania za darmo, i tak dalej.

Tylko że, chociaż bardzo lubię Nike, usiłuję nie dopuszczać się nachalnego plasowania produktu. Więc nigdy wcześniej nie nosiłam tej koszulki. I to dlatego nie wiedziałam, dopóki nie zobaczyłam wyrazu twarzy Davida, że ona chyba jest seksowna. To znaczy, ta koszulka. Nie mam wielkiego biustu – ani w sumie maleńkiego. Jest po prostu normalny – ale chyba ta koszulka jest jakaś taka obcisła i chyba sprawia, że ten mój biust jakoś tak bardziej sterczy niż zwykle… No i ma dekolt w serek, więc zdecydowanie pokazuje więcej „przedziałka” niż koszulki, które zwykle zakładam.

Co być może wyjaśnia, dlaczego David, kiedy mnie wreszcie poznał, nie zauważył moich włosów. Bo kiedy tylko mnie zauważył, zbłądził spojrzeniem prosto na moją klatkę piersiową. A potem, kiedy podszedł usiąść na ławeczce obok mnie, powiedział tylko:

– Cześć, Sharona.

– Cześć, Daryl – odparłam.

Daryl i Sharona to nasze imiona dla białej hołoty.

No wiecie, wyobrażamy sobie, że takie imiona nosilibyśmy, gdybyśmy się urodzili w przyczepie kempingowej zamiast w Cleveland Park (w moim przypadku) albo w Houston w stanie Teksas (w przypadku Davida).

Przy czym wcale nie twierdzę, że każdy kto ma na imię Daryl albo Sharona to od razu biała hołota, ani nawet, że należy do niej każdy kto się urodził w przyczepie kempingowej. Tylko że gdybyśmy akurat my należeli do białej hołoty, to pewnie takie imiona byśmy nosili…

No dobra, pary po prostu tak mają. No wiecie, ludzie, którzy długo ze sobą chodzą, robią te rzeczy zrozumiałe tylko dla nich? Na przykład, moja mama i tata czasem mówią do siebie nawzajem Pyszczku – to tekst z odcinka jakiegoś serialu, który kiedyś wspólnie oglądali. Ten Daryl i Sharona to coś podobnego.

Tylko nie tak obrzydliwego.

– Podoba mi się twoja koszulka – powiedział do mnie potem David/Daryl.

– Taa – odparłam. – To dość widoczne.

– Powinnaś częściej nosić takie koszulki – dodał jeszcze David/Daryl, ani odrobinę się nie wstydząc, że przygląda mi się tak bezczelnie i filuternie (słowo do egzaminu SAT oznaczające, że się patrzy na kogoś sprytnie i figlarnie).

– Postaram się o tym pamiętać – powiedziałam. – Możesz nieco unieść wzrok? Na moje włosy?

Nadal nie odrywał oczu od mojej koszulki.

– Są czarne – powiedział.

Pokiwałam głową.

– Bardzo dobrze. A coś jeszcze? Na przykład… Czy ci się podobają?

– Są… – Spojrzał jeszcze raz na moją głowę. – Są bardzo czarne.

– Tak – powiedziałam. – Ta farba nazywa się Midnight Ebony. Co kazało mi wierzyć, że pewnie będzie czarna. Ale chciałam się dowiedzieć, czy ci się podobają?

David odparł:

– No cóż, w najbliższej przyszłości nie będziesz się musiała martwić o to, że ktoś cię nazwie rudzielcem.

– Zdaję sobie z tego sprawę – powiedziałam. – Ale czy twoim zdaniem te włosy są ładne?

– Wyglądają… – David znów opuścił wzrok na moją klatkę piersiową. – Świetnie.

No pięknie. Zastanawiam się, czy w Nike zdają sobie sprawę z mocy z jaką ich koszulki oddziałują na gałki oczne chłopaków. A przynajmniej mojego. I tyle mi przyszło z nadziei, że David mi uczciwie powie czy mi do twarzy z tą odmianą. Chyba będę musiała poczekać aż…

– Coś ty na Boga zrobiła sobie z włosami? – Susan Boone była przerażona.

– Ufarbowałam je – powiedziałam, nawijając na palec luźno zwisający lok. Z jej miny nie umiałam stwierdzić, czy jej się podoba czy nie. Wyglądała zupełnie jak Theresa i Lucy. To znaczy, osłupiała. – Nie podoba się pani?

Susan przygryzła dolną wargę.

– Wiesz co, Sam? – powiedziała. – Tysiące kobiet mogłoby zabić żeby tylko mieć taki kolor włosów jak twój dawny rudy. Mam nadzieję, że ta czerń nie jest, hm, permanentna?

– To zmywalny szampon – odparłam słabo. Studio zapełniało się uczniami lekcji rysunku z natury. Poza Robem, agentem Służb Specjalnych ochraniającym Davida (jako pierwszy syn, David nigdzie nie może się ruszyć, żeby nie ciągnął się za nim przynajmniej jeden agent Służb Specjalnych), nie rozpoznawałam tu nikogo.

Ale chociaż nie znałam żadnych osób z tych czwartkowych zajęć, wszyscy słuchali tej naszej rozmowy – to znaczy, Susan i mojej.

Och, udawali, że wcale nie słuchają i przekładali te swoje węgle i bloki do rysowania, siadając na miejscach.

Ale słuchali. To było widać.

– Po prostu potrzebowałam jakiejś odmiany – powiedziałam usiłując obronić swoją – najwyraźniej błędną – decyzję.

– No cóż, to twoja głowa – powiedziała Susan i wzruszyła ramionami. A potem wskazała na wojskowy hełm, który David podarował mi w zeszłym roku, ten ozdobiony stokrotkami z korektora, który leżał na swojej półce nad zlewem do mycia pędzli. – Pewnie nie będzie ci już potrzebny.

I miała rację. Nosiłam go tylko dlatego, że ulubieniec Susan, kruk Joe, miał szaleńczą obsesję na tle moich rudych włosów i często atakował mnie z lotu, jeśli nie zakładałam na głowę jakiegoś ochronnego sprzętu. Spojrzałam na to wściekłe ptaszysko, zastanawiając się, czy teraz zostawi mnie w spokoju.

Ale Joe pochłonięty był stroszeniem piór na swoim drążku, zupełnie nie zwracając uwagi na nikogo – a już najmniej na biedną, małą Sam z włosami w odcieniu Midnight Ebony.

Tak! Podziałało! Nie będę się już musiała martwić Joem.

– Moim zdaniem wyglądają dobrze – powiedział David, który najwyraźniej wreszcie zdołał zauważyć coś innego niż sposób, w jaki mój biust prezentuje się w nowej koszulce.

– Naprawdę? – spytałam, nie śmiejąc robić sobie zbyt wielkich nadziei. Wreszcie jakaś pozytywna reakcja (ze strony kogoś, kto widzi mnie na własne oczy, bo telefoniczne zapewnienia Catherine się nie liczą). – Nie są za bardzo, hm, w stylu Ashlee Simpson?

David pokręcił głową.

– Nie ma mowy – odparł. – Totalnie jak Enid z „Ghost World”.

A ponieważ o dokładnie taki efekt mi chodziło, rozpromieniłam się.

– Dzięki – powiedziałam. On naprawdę jest najlepszym chłopakiem pod słońcem. Nawet jeśli ma lekką obsesję na temat mojej klatki piersiowej.

– Dobra, moi drodzy – powiedziała Susan, stając obok niewielkiego podwyższenia znajdującego się na środku pracowni, które zakryła jaskrawą atłasową narzutą. – Witajcie na zajęciach z rysunku z natury. Jak widzicie, mamy tutaj parę nowych osób. To jest David, Rob – wskazała dłonią na ochroniarza Davida – i Samantha.

Wszyscy wymamrotali do nas jakieś powitanie. Nie umiałam stwierdzić, ilu z nich rozpoznało Davida i mnie z telewizji. Może nikt. Może wszyscy. W każdym razie, zachowali się fajnie, bo się nie gapili, nie chichotali i wcale się nie zamieniali w tej sprawie w jakąś rodzinę Johnsonów na wakacjach. Nie żebym się tego po nich spodziewała, skoro wszyscy byli dorośli, a w dodatku byli artystami. No bo w sumie spodziewasz się, że artyści zachowają źdźbło (słowo do egzaminu SAT oznaczające niewielką ilość czegoś) godności w porównaniu z, powiedzmy, przeciętnym, nie będącym artystą dorosłym.

– No cóż, w takim razie zaczynajmy – powiedziała Susan i zawołała do kogoś, kto kręcił się na zapleczu pracowni. – Terry? Czekamy na ciebie.

Terry, wysoki, chudy gość po dwudziestce wszedł spokojnie na platformę, z jakiegoś powodu ubrany wyłącznie w szlafrok. Pomyślałam, że może to dlatego, że mamy wykonać jakiś rysunek w stylu klasycznym.

Co jest super, bo kurczę, nie miałam pojęcia, że będziemy rysowali modeli ubranych w stroje historyczne.

Widziałam też, że zapowiadało się znacznie trudniejsze zadanie niż rysowanie owoców czy krowich rogów. Szlafrok Terry’ego miał kwiatowy orientalny wzór, który trudno będzie oddać. Szczególnie w fałdach materiału.

Z trudem powstrzymałam westchnienie radosnego oczekiwania. Ja wiem, że tylko jajogłowy może się ekscytować tym, że będzie rysować orientalny wzór kwiatowy. Ale ja jestem jajogłowa. A przynajmniej tak mnie regularnie informują moi rówieśnicy niemal za każdym razem, kiedy w szkole otworzę usta, nawet jeśli tylko po to, żeby powiedzieć coś równie niewinnego jak to, że Gwen Stefani napisała „Simple Kind of Life” w przeddzień nagrania tej piosenki przez No Doubt.

A potem Terry wszedł na podwyższenie, a ja zobaczyłam, że wcale nie będzie mi trudno odtworzyć ten kwiatowy orientalny wzór na jego szlafroku. Bo kiedy tylko wzięłam do ręki ołówek, Terry szarpnął za pasek  i pozwolił szlafrokowi opaść swobodnie na ziemię.

A pod spodem był…

…no cóż,  zupełnie nagi.

 

Dziesięć razy byłam w życiu naprawdę zaszokowana:

10.       Kiedy Gwen Stefani wydała solowy album. No bo ja uważam, że nie ma sprawy, nie zrozumcie mnie źle. Ale co z resztą grupy? Martwię się o nich, to wszystko. Oczywiście poza Tonym, bo to on złamał jej serce.

9.         Kiedy odwołano ślub J-Lo i Bena Afflecka. Poważnie. Ja myślałam, że oni są dla siebie stworzeni. I o co chodzi z tym Markiem Anthonym? No bo, przecież on jest od niej niższy, prawda? Nie żebym miała coś przeciwko temu. Ale chyba wybrała sobie jedynego faceta, któremu może dokopać P Diddy. A to już przesada.

8.         Kiedy Lindsey Lohan zagrała w tym całym „Kochanym chrabąszczu”. Poważnie. Po co oni robią nowe wersje takich filmów? Jakim cudem ktoś mógł kiedykolwiek uznać, że to dobry pomysł?

7.         Kiedy zaliczyłam wstępny kurs z niemieckiego,

6.         Kiedy syn Theresy, Tito, zdał na politechnikę. A potem zaliczył pierwszy semestr z wyróżnieniem.

5.         Na widok mojej siostry, Lucy, własnoręcznie robiącej pranie.

4.         Kiedy Britney Spears wyszła za mąż za tego swojego tancerza z zespołu. Czy ona się niczego nie nauczyła od J-Lo?

3.         Kiedy Kristen Parks zaprosiła mnie na swoje szesnaste urodziny na imprezę do parku tematycznego Six Flags (wcale nie poszłam).

2.         Kiedy mój chłopak dostał takiej fiksacji na punkcie mojej klatki piersiowej, że nawet nie zauważył mojej nowej fryzury, czytaj: koloru włosów.

A najbardziej i najmocniej zaszokowana byłam, kiedy:

1.         Okazało się, że pierwszy facet, jakiego w życiu widzę nago, to zupełnie obcy człowiek.

*Powrót