Czwarty wymiar

Pośredniczka: tom 6

fragment

za zgodą wydawnictwa Amber

przekład: Aleksandra Januszewska

 

1

Kamień leżał dokładnie tam, gdzie wskazała pani Gutierrez, pod obwisłymi gałęziami przerośniętego hibiskusa na jej podwórku. Wyłączyłam latarkę. Pomimo pełni gruba warstwa chmur przywiana znad morza koło północy oraz lepka wilgoć ograniczały widoczność do zera.

Ale światło i tak nie było mi już potrzebne. Zabrałam się do kopania. Zanurzyłam palce w wilgotnej, miękkiej ziemi i usunęłam kamień z miejsca, w którym spoczywał. Dał się łatwo poruszyć, nie był ciężki. Zaczęłam grzebać w dziurze, szukając metalowego pudełka, które, jak zapewniła mnie pani Gutierrez, powinno tam być…

Nie było go jednak. Pod palcami nie wyczułam niczego poza mokrą ziemią.

Wtedy w pobliżu trzasnęła pod czyimś ciężarem leżąca na ziemi gałązka.

Znieruchomiałam. Wdarłam się w końcu na teren prywatny; ostatnia rzecz, jakiej mi było trzeba, to powrót do domu w asyście funkcjonariuszy policji Carmelu w Kalifornii.

Po raz kolejny.

Potem, z sercem bijącym jak oszalałe, usiłując gorączkowo wymyślić jakieś wyjaśnienie, żeby wyplątać się z tej sytuacji, rozpoznałam szczupły cień – ciemniejszy niż wszystkie inne wokół – o jakiś metr ode mnie. W uszach nadal czułam silne pulsowanie, ale teraz już z innego powodu.

        To ty – powiedziałam, podnosząc się z wolna na chwiejnych nogach.

        Cześć, Suze. – Głos, który mnie dobiegł w wilgotnym powietrzu, brzmiał głęboko i pewnie… w przeciwieństwie do mojego, który wykazywał denerwującą skłonność do drżenia, kiedy on był gdzieś w pobliżu.

Ale nie tylko głos mi drżał, kiedy się zjawiał.

Starałam się nie dać tego po sobie poznać.

        Oddaj – powiedziałam, wyciągając rękę.

Odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.

        Zgłupiałaś? – powiedział.

        Mówię poważnie, Paul – oznajmiłam stanowczo; moja pewność siebie zaczynała jednak ustępować niczym piasek osypujący się pod stopami.

        Suze, to dwa tysiące dolarów – stwierdził, jakbym o tym nie wiedziała. – Dwa tysiące.

        Należą do Julia Gutierreza – powiedziałam zdecydowanie, chociaż czułam się zupełnie inaczej. – Nie do ciebie.

        Och, jasne – stwierdził z ironią.- I co Gutierrez zrobi, wezwie gliny? Nie ma pojęcia, że czegoś mu brakuje. W ogóle nie zdawał sobie sprawy, że to tutaj było.

        Bo jego babcia umarła i nie zdążyła mu o tym powiedzieć – przypomniałam.

        Więc niczego nie zauważy, prawda? – Wyczułam w ciemności, że Paul się uśmiecha. Słyszałam śmiech w jego głosie. – Nie będzie mu brakować czegoś, o czym i tak nie wiedział.

        Pani Gutierrez wie. – Opuściłam rękę, żeby nie zauważył jej drżenia, ale rosnącą niepewność w głosie trudniej było ukryć. – Jak odkryje, że ukradłeś pieniądze, znajdzie cię.

        A skąd wiesz, że już tego nie zrobiła? – zapytał tak obojętnie, że dostałam gęsiej skórki… a nie miało to nic wspólnego z jesiennym chłodem.

Nie chciałam mu uwierzyć. Ale nie miał powodu, żeby kłamać. Było oczywiste, że pani Gutierrez, szukając pomocy wszędzie, gdzie się dało, przyszła również do niego. Jak inaczej dowiedziałby się o tych pieniądzach?

Biedna pani Gutierrez. Zaufała niewłaściwemu pośrednikowi. Ponieważ wyglądało na to, że Paul dopuścił się do niej nie tylko kradzieży: o, nie.

Jak ostatnia idiotka, stałam na środku jej podwórza i wzywałam ją po imieniu – na tyle głośno, na ile się odważyłam – tak, na wszelki wypadek. Nie chciałam obudzić pogrążonej w żałobie rodziny, śpiącej w skromnym, tynkowanym domku parę metrów dalej.

        Pani Gutierrez? – Wyciągnęłam szyję, szepcząc jej imię w mroku i usiłując nie zwracać uwagi na zimno w powietrzu… i w sercu. – Pani Gutierrez? Jest pani tam? To ja, Suze… Pani Gutierrez?

Nie byłam specjalnie zaskoczona, że się nie zjawia. Wiedziałam, naturalnie, że Paul jest w stanie pozbywać się umarłych na dobre. Nigdy nie przyszło mi po prostu do głowy, że może być na tyle podły, żeby to zrobić.

Powinnam była się domyślić.

Odwróciłam się w jego stronę; znad morza napłynął zimny wiatr. Rozrzucił mi włosy wokół twarzy, aż kilka długich, ciemnych pasm przywarło do błyszczyka na ustach. Miałam jednak poważniejsze zmartwienia.

        To oszczędności jej życia – powiedziałam, nie dbając o to, czy zauważy drżenie mojego głosu, czy nie. – Wszystko, co miała, żeby zostawić dzieciom.

Paul, z dłońmi wsuniętymi głęboko w kieszenie skórzanej kurtki, wzruszył ramionami.

        Powinna je była złożyć w banku – stwierdził.

Może trzeba z nim podyskutować, pomyślałam. Może zdołam my wyjaśnić…

        Wielu ludzi nie ma zaufania do banków.

Na próżno.

        Nie moja wina – powiedział, ponownie wzruszając ramionami.

        Ty nawet nie potrzebujesz tych pieniędzy – krzyknęłam. – Rodzice kupują ci, co chcesz. Dwa tysiące dolarów to dla ciebie nic, a dla dzieci pani Gutierrez to majątek!

        Powinna była lepiej o nie zadbać – burknął tylko. A potem, chyba na widok mojej miny – chociaż nie wiem, jak to możliwe, bo chmury były gęstsze niż przedtem – dodał łagodniej: - Suze, Suze, Suze. – Wyciągnął jedną rękę z kieszeni i przysunął się, żeby położyć mi ją na ramieniu. – Co ja mam z tobą zrobić?

Milczałam. Nie sądzę, żebym zdołała wydobyć głos, gdybym próbowała. Oddychałam z trudem. Mogłam myśleć tylko o pani Gutierrez i krzywdzie, jaką jej wyrządził. Jak to możliwe, żeby ktoś, kto tak ładnie pachniał – przenikliwy, świeży zapach jego wody kolońskiej unosił się w powietrzu – ktoś, od kogo biło tyle ciepła – szczególnie pożądanego przy chłodnej pogodzie i złudnej ochronie, jaką przed zimnem dawała mi wiatrówka – mógł być takim…

Cóż, złym?

        Coś ci powiem – odezwał się Paul. Czułam, jak głos wibruje w jego ciele, tak blisko staliśmy.

        Podzielę się z tobą. Tysiąc na łebka.

Musiałam przełknąć – coś naprawdę nieprzyjemnego – zanim zebrałam się na odpowiedź:

        Jesteś chory. (…)

*Powrót