Bezpieczne miejsce

1-800-jeśli-widziałeś-zadzwoń: tom 3

fragment

za zgodą wydawnictwa Amber

przekład: Aleksandra Januszewska

 

1

O zamordowanej dziewczynie dowiedziałam się dopiero pierwszego dnia szkoły.

To nie moja wina. Przysięgam. Skąd mogłam wiedzieć? Nawet nie było mnie w domu. Gdybym była, jasne, że przeczytałabym o tym w gazecie albo usłyszała w wiadomościach czy gdziekolwiek. Albo dowiedziałabym się od ludzi.

Ale akurat mnie nie było. Tkwiłam cztery godziny jazdy samochodem na północ od domu, wśród wydm Michigan, w letnim domku mojej najlepszej przyjaciółki, Ruth Abramowitz. Państwo Abramowitzowie każdego lata spędzają dwa ostatnie tygodnie sierpnia wśród wydm i w tym roku zaprosili również mnie.

Na początku nie miałam ochoty jechać. Skazywać się na towarzystwo Skipa na całe dwa tygodnie?! No nie, dziękuję. Skip jest bratem Ruth, bliźniakiem. Chociaż ma szesnaście lat, nadal przeżuwa z otwartymi ustami. W tym wieku chyba powinien wiedzieć, jak się zachowywać. A do tego, mimo kupionego za pieniądze z bar micwy trans ama, jest kimś w rodzaju Mistrza Bractwa Rycerskiego w naszym mieście.

W dodatku pan Abramowitz żywi okresowe (to znaczy wakacyjne) uprzedzenia wobec zdobyczy techniki i nie dopuszcza w letnim domku kablówki albo innego telefonu niż jego własna komórka, używana wyłącznie w sytuacjach wyjątkowych, kiedy na przykład któryś z jego klientów trafi za kratki (bo pan Abramowitz jest adwokatem).

Więc chyba jasne, że na zaproszenie Ruth odpowiedziałam: „Dziękuję, ale nie, dziękuję”.

Potem jednak moi rodzice oświadczyli, że spędzą ostatnie dwa tygodnie sierpnia, odwożąc mojego brata Mike’a z wszystkimi klamotami do Harvardu, gdzie miał zacząć studia, a w tym czasie przyjedzie do nas ciotka Rose, żeby zająć się mną i moim drugim bratem, Douglasem.

Nie szkodzi, że ja mam szesnaście lat, a Douglas dwadzieścia i nie potrzebujemy opieki dorosłych, zwłaszcza siedemdziesięciopięcioletniej ciotki, która ma obsesję na punkcie pasjansa i mojego życia seksualnego (co wcale nie znaczy, że jakieś mam). Oznajmiono mi, że ciocia Rose przyjeżdża, czy mi się to podoba, czy nie.

Nie podobało mi się. Zamiast wrócić do domu po miesiącu pracy w charakterze wychowawczyni na obozie Wawasee dla Dzieci Utalentowanych Muzycznie, pojechałam z Abramowitzami na wydmy.

Rany! Oglądanie przez dwa tygodnie Skipa pożerającego rano, w południe i wieczorem kanapki z masłem orzechowym i bananami jest lepsze niż pięć minut w towarzystwie cioci Rose, która z zapałem opowiada, jak to w czasach jej młodości tylko łatwe dziewczyny nosiły ogrodniczki.

Poważnie. Ogrodniczki. Tak je nazywa.

Oczywiście w tej sytuacji wybrałam wydmy.

I prawdę mówiąc, te dwa tygodnie nie były takie najgorsze.

Nie, nie, to wcale nie znaczy, że świetnie się bawiłam. Właściwie nie bawiłam się wcale, bo kiedy ja odwalałam swoją robotę na obozie Wawasee, Ruth w pocie czoła doskonaliła swoje umiejętności społeczno-towarzyskie i przygruchała sobie chłopaka.

Zgadza się. Autentycznego chłopaka, którego rodzice – kto by pomyślał – także mieli domek na wydmach, jakieś dziesięć minut drogi od domku Ruth.

Cieszyłam się razem z nią. Scott był pierwszym prawdziwym chłopakiem Ruth – no wiecie, pierwszym facetem, który odwzajemniał jej sympatię i nie miał nic przeciwko trzymaniu jej za rękę przy ludziach.

Ale kiedy najlepsza przyjaciółka zaprasza cię na dwa tygodnie, a potem spędza te dwa tygodnie, prowadzając się z kimś innym, jest to odrobinę wkurzające. Większość czasu za dnia przeleżałam na plaży, czytając stare magazyny, a większość wieczorów, próbując pobić Skipa w Crash Bandicoot na playstation.

O tak, wakacje miałam wyjątkowo udane.

Jedyna korzyść z pobytu na wydmach polegała na tym, że nie było mnie w tym czasie w domu, więc przynajmniej nie siedziałam i nie czekałam, aż mój chłopak – jeśli można go tak nazwać – zadzwoni. A według Ruth to istotny punkt sztuki uwodzenia… no wiecie, nieodbieranie telefonów. Wtedy, jak twierdzi moja przyjaciółka, chłopak zaczyna się zastanawiać, gdzie jesteś, i przychodzą mu do głowy rozmaite rzeczy. Na przykład że umówiłaś się z kimś innym.

Podobno to w nim wzbudza gorętsze uczucia.

Brzmi całkiem przekonująco, ale jest jedno ale.

Chłopak musi faktycznie zadzwonić.

Jeśli nie zadzwoni, to wcale się nie dowie, że cię nie ma w domu. A mój chłopak – powinnam raczej powiedzieć: facet, który mi się podoba, jako że właściwie nie jest moim chłopakiem; w życiu nie byliśmy na prawdziwej randce – nigdy nie dzwoni. Wynika to stąd, że jestem, jak to się ładnie mówi w moim ukochanym stanie Indiana, osobą nieletnią, a randka z osobą nieletnią pachnie więzieniem. Przynajmniej dla kogoś takiego jak on.

Bo on jest pod nadzorem kuratora.

Nie pytajcie dlaczego. Rob nigdy mi tego nie wyjaśnił.

Tak się nazywa. Rob Wilkins. Albo dziwak, czy nawet łobuz, jak mówi o nim Ruth.

Uważam, że to nie w porządku tak go nazywać, ponieważ Rob nigdy mnie nie oszukał. To znaczy, kiedy tylko dowiedział się, że mam szesnaście lat, dał mi jasno do zrozumienia, że między nami do niczego nie dojdzie. W każdym razie nie przez następnych parę lat.

Dobrze, to mi nie przeszkadza, naprawdę. Niejedna ryba pływa w morzu.

No i dobra, może nie każda ma oczy koloru mgły, jaka unosi się nad jeziorem tuż przed świtem, albo twarde jak deska mięśnie brzucha, czy też śliczniutkiego indianę, złożonego własnoręcznie do kupy we własnej stodole.

W każdym razie zniknęłam na dwa tygodnie. Miałam wakacje, no nie? Bez telefonu, telewizji, radia, prasy i Internetu. Prawdziwe wakacje.

Skąd miałam wiedzieć, że zginęła jedna dziewczyna z mojej klasy? Nikt mi nic nie powiedział.

Aż do rozpoczęcia roku szkolnego.

Pierwszego dnia szkoły usadowiłam się w auli na drugim miejscu od drzwi, jak co roku. Zawsze w auli zajmowałam drugie miejsce od drzwi. To dlatego, że wtedy siadamy w kolejności alfabetycznej, a z racji nazwiska – Mastriani – jestem druga na literę M, zaraz po Amber Mackey. Amber Mackey zawsze siedziała przede mną. Zawsze.

Z wyjątkiem tego dnia. Tego dnia nie pojawiła się wcale. (…)

*Powrót